28 grudnia 2013

Ostatni stosik 2013 (#26)

Daaawno nie było u mnie stosiku - ostatni publikowałam na początku września. Doszłam więc do wniosku, że fajnie byłoby podsumować, co jeszcze wpadło na moją półkę w 2013 roku i czym będę się zaczytywać w najbliższym czasie. Nie przedłużając - tadadadam! - oto i on:


  • To, co zostało, J. Picoult - wygrana w konkursie na najlepszą recenzję na stronie wydawnictwa Prószyński i S-ka. Dzięki! :)
  • Siedem minut po północy, P. Ness - bardzo chciana i oczekiwana przeze mnie książka ze względu na przepiękne (choć mroczne) ilustracje - mój Mikołaj nie zawiódł w tym roku! Dzięki Mikołaju! :)
  • Dziecko śniegu, E. Ivey - wygrana w konkursie u Natuli. Również dziękuję!


  • Crescendo, Silence, Finale, B. Fitzpatrick - seria Szeptem, tym razem w wersji elektronicznej, już za mną. Zapraszam do czytania recenzji / English review!



  • No i na zakończenie Dziwny przypadek psa nocną porą, M. Haddon - klasyka, na którą ostrzyłam sobie apetyt od jakiegoś czasu. Jestem właśnie w trakcie czytania i domyślam się, że to właśnie będzie numer finałowy roku 2013. :) Recenzja wkrótce.
A jak u Was prezentują się plany na najbliższy czas? 

Pozdrawiam ciepło! :)

24 grudnia 2013

K. Michalak - Nadzieja

Tytuł: Nadzieja
Autor: Katarzyna Michalak
Wydawnictwo: Termedia
Rok wydania: 2012

Nadzieja stała na mojej półce od maja. Nie to, że nie chciałam jej przeczytać - po prostu obok niej stało dużo innych tytułów. Ale wreszcie, po kilometrach przeanalizowanych na innych blogach pochlebnych recenzji, postanowiłam i ja zapoznać się z prozą Katarzyny Michalak. Okazuje się bowiem, że polska pisarka ma w swoim dorobku już piętnaście tytułów, mimo że debiutowała zaledwie 5 lat temu. A ja jeszcze jej nie znam!

Książka, którą dziś recenzuję, opowiada o losach Lilki i Aleksa. Ich znajomość rozpoczyna się w małej, biednej wsi Zagrodzina, gdzie 6-letnia wówczas Lila znajduje w lesie rannego chłopca i sprowadza dla niego pomoc. Od tego momentu dzieci stają się najlepszymi przyjaciółmi, a z czasem ich relacje przeradzają się w coś więcej. Życie stawia jednak przed nimi same pułapki - oboje codziennie muszą się mierzyć z trudną sytuacją rodzinną, problemami dojrzewania i brakiem zrozumienia. Czy z tej niewinnej dziecięcej przyjaźni, a później nastoletniego zauroczenia może powstać coś pięknego i trwałego na całe życie?

Ciężko mi zakwalifikować Nadzieję do jednego gatunku. Autorka oparła główny i zarazem jedyny, ale bardzo rozbudowany wątek na relacji pomiędzy głównymi bohaterami, przez co książka nabrała znamion romansu. Romansu, który okazał się niebanalny i przyznam szczerze, że całkiem mi się podobał. Ciężko jednak pominąć akcenty obyczajowe, dotyczące tematyki społecznej - przemoc domową, patologię (bo przynajmniej ja tak to odebrałam), brak tolerancji, specyfikę życia na biednej polskiej wsi oraz bunt okresu dojrzewania i związany z nim proces kształtowania się postaw moralnych. W moim odczuciu zarówno miłość Aleksa i Lili, jak i jej tło, były w tej książce równie ważne. Razem stworzyły dosyć realistyczną, wzruszającą, ale też trudną opowieść.

Dlaczego trudną? Po pierwsze dlatego, że czytelnikiem co chwilę targają sprzeczne emocje. Postacie Lili i Aleksa są zarysowane bardzo wyraźnie i realistycznie. Oboje poddają się zwykłym ludzkim porywom i namiętnościom, przez co ich działania mają różny wydźwięk. Niektórym decyzjom będziemy kibicować, za inne chwilowo obrazimy się na bohaterów lub przeniesiemy sympatię z jednej osoby na drugą. Z jednej strony, taki zabieg sprawia, że ciężko jest oderwać się od lektury. Ale jest też druga strona medalu - Michalak koniecznie chciała wprowadzić do fabuły maksymalną ilość zwrotów akcji i zdaje mi się, że trochę popłynęła. Ogrom niepowodzeń i smutków pojawiających się w życiu bohaterów jest przytłaczający. Do pewnego stopnia jestem w stanie zrozumieć tą przesadę. Chodzi o to, żeby pokazać, jak człowiek może sam siebie nakręcać i sam sobie szkodzić. Niemniej jednak, książka zyskuje przez to pesymistyczny wydźwięk. I nawet zakończenie, które mnie osobiście nie do końca się podobało, ale wielu czytelników na pewno usatysfakcjonuje, niewiele zmieniło.

Nadzieja to nietuzinkowa książka. Pełna emocji, poruszająca ważne współczesne problemy, a jednocześnie opowiadająca o niełatwej miłości. Szkoda mi trochę, że w autorka nie zdecydowała się na wątki poboczne ani nie rozwinęła niektórych fragmentów powieści. Mam wrażenie, że historia Lilki i Aleksa zyskałaby na tym głębi. Nie oznacza to jednak, że książka jest zła - wręcz przeciwnie. Ma drobne wady, ale i tak gorąco polecam, bo warto. Zwłaszcza, że czyta się szybko i przyjemnie. :)

22 grudnia 2013

Życzenia świąteczne 2013


Święta coraz bliżej, dlatego i ja, między kolejnymi recenzjami, postanowiłam złożyć Wam najlepsze życzenia:
zdrowych, spokojnych i radosnych Świąt, spędzonych w gronie najbliższych, ukochanych osób;
wielu chwil zapomnienia i odpoczynku od zabieganej codzienności (najlepiej przy klimatycznej książce);
zadumy i refleksji nad Bożym Narodzeniem;
wigilijnych i świątecznych pyszności na stołach;
mnóstwa prezentów pod pachnącą, kolorową choinką
i co najważniejsze - 
uśmiechu i szczęścia na każdy dzień nadchodzących świąt! :)

Z ciepłymi, świątecznymi pozdrowieniami
Linka :)

15 grudnia 2013

B. Fitzpatrick - Crescendo / Silence [Cisza] / Finale

Źródło

Tytuł: Crescendo / Silence [Cisza] / Finale
Autor: Becca Fitzpatrick
Wydawnictwo: Wyd. Otwarte
Rok wydania: 2011 - 2012

Ostatnio głucha cisza na moim blogu i biję się za to w pierś, ale i czasu na czytanie nie miałam zbyt wiele. A to dlatego, że duuużo się u mnie dzieje - praca + szkoła wystarczająco dają mi popalić na co dzień, a do tego dołączyła się jeszcze przeprowadzka na początku grudnia i wyjątkowo wyjazdowe weekendy. Stąd też dziś recenzja w trochę innej formie - wspólna dla trzech tytułów z serii Szeptem (którą poznałam za sprawą pierwszego tomu w zeszłym roku): Crescendo, Silence i Finale. Wszystkie części czytałam po angielsku.

Nie chciałabym zdradzić zbyt wiele tym, którzy dopiero planują przeczytać serię. Napiszę więc tylko, że kolejne książki są kontynuacją losów Nory i Patcha. Dziewczyna nadal jest na zabój zakochana w swoim chłopaku, który jest upadłym aniołem. Niestety, na ich drodze pojawiają się coraz to nowe przeciwności losu. Nietrudno się domyślić, że cały świat jest przeciwko tej miłości. Zakochani będą więc musieli walczyć o swoje uczucie. W międzyczasie Nora dowie się bardzo dużo o sobie... Wszystko to doprowadzi do wielkiego finału ich historii.

Źródło
W recenzji pierwszego tomu wytknęłam autorce wiele niedociągnięć. I cóż, ze smutkiem stwierdzam, że wszystkie podtrzymuję. Na sam początek rzucę wadę błahą, ale ogromnie mi przeszkadzającą - design okładek. Straszny! Paskudny! Aż dziw, że wszystkie wersje językowe trzymają się tych samych ilustracji. Jak dla mnie, zupełnie nie pasują do klimatu powieści, są zbyt mroczne, smutne i tandetne...

Tym, co najbardziej mnie drażniło w całej serii, było swoiste uczucie deja vu wynikające z jej podobieństwa do Zmierzchu. Fabuła rozwija się praktycznie tak samo, nawet podział na kolejne tomy jest podobny. Szkoda, bo opowieść miała dużo większy potencjał. Bez bicia przyznam, że najbardziej wciągnął mnie wątek miłosny i właściwie tylko dla niego kontynuowałam lekturę. Ku mojemu zaskoczeniu, pod koniec serii został zepchnięty na drugi plan, a zakończenie, choć satysfakcjonujące, zdawało mi się dopisane naprędce, żeby tylko było. Najwyraźniej wizja autorki ewoluowała w miarę pisania i niestety nie udało się ukryć przed czytelnikiem tego braku konsekwencji. Akcja przygodowo-sensacyjna (o ile można ją tak określić), na początku rozwijała się dynamicznie po to, by w trzecim tomie kompletnie opaść, a na ostatnich kilku stronach czwartej części znów podgrzać atmosferę. Trzeba więc zgromadzić pokłady cierpliwości, które przydadzą się do przetrwania sporej dawki gadaniny i planowania.

Źródło
Jeśli chodzi o bohaterów, to zanotowałam drobną poprawę. Nora nie jest już aż tak naiwna jak na początku. Wraz z biegiem czasu przejawia coraz więcej oznak logicznego myślenia i odpowiedzialności. Daleko jej jeszcze do autentyczności, ale przynajmniej da się ją znieść, a może nawet odrobinę polubić. Niezmiennie podobała mi się postać Patcha - chłopaka spod ciemnej gwiazdy, twardego, odważnego i silnego, ale jak się okazuje, także romantycznego i oddanego swojej ukochanej. Cóż, babą jestem i tacy bohaterowie zawsze będą mi się podobać. ;) Na uwagę zasługuje też nowy bohater, Scott. Nie chcę nikomu zepsuć lektury, więc napiszę tylko, że wydał mi się dużo bardziej wyrazisty niż reszta. Szkoda tylko, że nie odegrał większej roli...

Ogólnie rzecz biorąc, cała seria Szeptem zasłużyła sobie u mnie na ocenę średnią. Nie mogę zaprzeczyć, że mnie wciągnęła i czytało się ją przyjemnie. Prosty język, niewymagająca fabuła i odrobinę miłosnych perypetii doprawionych szczyptą akcji zrobiły swoje - chcąc nie chcąc kibicowałam głównym bohaterom w ich walce. Muszę jednak zauważyć, że książki o wiele lepiej czytało mi się po angielsku, przede wszystkim na bardziej naturalny, młodzieżowy slang z upodobaniem używany przez Norę i Vee oraz trochę inny sposób opisywania relacji między różnymi postaciami. Może przekona to kogoś do lektury oryginałów. Tymczasem ja powtarzam swoją opinię - nie polecam, ale nie odradzam. W końcu seria ma swoich fanów na całym świecie, warto więc przynajmniej spróbować poznać świat Nory i Patcha.

English version

25 listopada 2013

D. Lessing - Idealne matki

Źródło
Tytuł: Idealne matki
Autor: Doris Lessing
Wydawnictwo: Wielka Litera
Rok wydania: 2013

Lektura opowiadania Idealne matki zbiegła się u mnie ze śmiercią jego autorki, Doris Lessing. Ta brytyjska pisarka, nagrodzona  sześć lat temu literackim Noblem, pozostawiła po sobie bardzo bogaty dorobek literacki, składający się z aż 51 pozycji! Szkoda, że spod jej pióra nie wyjdzie już nigdy żadna opowieść, ale przynajmniej  my, miłośnicy jej prozy, nadal mamy co czytać.

Idealne matki to oparta na faktach, krótka opowieść o pewnym niezwykłym romansie. Roz i Lil to przyjaciółki od dziecka. Zawsze razem, zawsze robiące to samo. Podobnie ich synowie. Tą sielankę rujnuje jednak nieoczekiwany pocałunek, który jedna z kobiet wymienia z ...synem drugiej. Od tego momentu sytuacja obraca się o sto osiemdziesiąt stopni, paradoksalnie jeszcze bardziej zbliżając do siebie całą czwórkę.

W opowiadaniu Doris Lessing uderzyły mnie dwie rzeczy. Po pierwsze - minimalizm. Nie jestem przyzwyczajona do krótkiej formy, jaką są opowiadania, więc może zaskoczyło mnie to, co dla miłośników takich utworów jest normą. Oszczędna narracja, bardzo dynamiczna akcja, opowiedziana wręcz skrótowo, brak ozdobników, jedynie lekko zarysowane sylwetki bohaterów, o których wiemy tylko najistotniejsze rzeczy. Z jednej strony wydało mi się to dziwne i  w pierwszej chwili pomyślałam nawet, że szkoda zmarnowanego pomysłu na długą, treściwą powieść. Z drugiej jednak strony, wraz z postępem historii, zaczynałam doceniać tą prostotę przekazu, opartą głównie na psychologii, która rządziła relacjami głównych bohaterów. Dzięki temu, że autorka obnażyła główny wątek, czyniąc go jedynym, czytelnik może łatwiej skupić się na meritum opowieści.

Drugą kwestią, która mnie zdziwiła, były emocje, a raczej ich brak. Niby wydaje się, że bohaterowie odczuwają jakieś zawirowania związane z ich niecodzienną sytuacją, ale właściwie, to ciężko nawet te uczucia zidentyfikować. Podobnie i my. Czytając, mamy szansę na wyrobienie sobie prostej opinii na temat fabuły. Niejedna osoba będzie zgorszona, niejedna zafascynowana. Oczywiście, ilość takich opinii będzie zależeć od ilości czytelników. Ale sam fakt, że reagujemy na tą historię w określony sposób, może nam powiedzieć wiele o nas samych oraz o tym, jak się od siebie różnimy. Mogłoby się więc zdawać, że Lessing, zamiast przekazać coś w samej treści tej historii, raczej igra z czytelnikami. Zwłaszcza, że Idealne matki pozbawione są namacalnej puenty. Niby pojawia się punkt kulminacyjny, ale właściwie nic z tego nie wynika... Nic poza tym, że zostajemy postawieni twarzą w twarz ze swoimi własnymi myślami i wrażeniami po lekturze.

Podsumowując, muszę przyznać, że Idealne matki były dla mnie swego rodzaju eksperymentem. Głównie dlatego, że wbrew niechęci do opowiadań, sięgnęłam po tą pozycję i nie zawiodłam się. A po drugie, ze względu na samą opowieść, jej formę i przekaz. Już od pierwszej strony wciągnęłam się w akcję i z narastającą ciekawością śledziłam rozwój sytuacji. A po skończeniu lektury, pojawiły się przemyślenia. Słowem - za mną kolejna naprawdę wartościowa, a przy tym przyjemna książka. Polecam!

English version

17 listopada 2013

H. Murakami - 1Q84. Tom 1.


Tytuł: 1Q84. Tom 1
Autor: Haruki Murakami
Wydawnictwo: Muza
Rok wydania: 2010
Haruki Murakamiego nie muszę chyba nikomu przedstawiać. Po pierwsze dlatego, że to już moje drugie po słynnym Norwegian Wood spotkanie z jego twórczością, a więc jego nazwisko pojawiło się już na moim blogu. A po drugie - powieści tego japońskiego pisarza stały się bardzo popularne, a nawet modne  ostatnimi czasy. Mimo, że autor debiutował już w 1979 roku, a pierwsza jego powieść ukazała się w Polsce w połowie lat 90., uznanie Zachodu zdobył dużo później, właśnie za sprawą wspomnianej wyżej pozycji. Występująca pod wspólnym tytułem trylogia 1Q84 ukazywała się na polskim rynku w latach 2010 - 2011 i od razu trafiła na falę popularności pisarza, szybko zdobywając miano bestsellera.

W pierwszej części autor wprowadza nas w historię dwójki głównych bohaterów. Aomame to trzydziestoletnia, samotna kobieta. Na co dzień pracuje jako trenerka w klubie fitness, ale od czasu do czasu zdarza jej się wcielić się w morderczynię z misją. Tengo - nauczyciel matematyki w podobnym wieku - jest niespełnionym pisarzem. Pewnego dnia przypada mu zadanie poprawienia niezwykłej książki napisanej przez nastolatkę. Mężczyzna podejmuje się tego zadania. Co łączy tą dwójkę? Pozornie nic. Ale wkrótce okazuje się, że sami nawet nie wiedzą, ile mają ze sobą wspólnego...

Generalnie książka mi się podobała. Mam do niej kilka zarzutów, ale z perspektywy ostatniej strony, nie żałuję, że ją przeczytałam. Powiem nawet więcej - chętnie sięgnę po kontynuację, bo opowiedziana przez Mukaramiego historia wciągnęła mnie i zaintrygowała. A to przede wszystkim za sprawą fabuły, która oparta jest głównie na sekretach i niedomówieniach. Na początku czytelnik nie wie kompletnie nic i powoli zagłębia się w dwa pozornie zupełnie oderwane od siebie wątki. Ciekawość, o co właściwie w tym wszystkim chodzi, wzrasta z każdą stroną. Na szczęście, wraz z biegiem historii, autor odkrywa przed nami kolejne sekrety, tłumaczy pobudki bohaterów, aż w końcu dochodzi do momentu, w którym... łapiemy się na tym, że zupełnie się nie spodziewaliśmy tego, co właśnie się okazało. Przynajmniej mnie Murakami kompletnie zaskoczył. I podobało mi się to, głównie dlatego, że wszystkie recenzje i opisy fabuły przygotowywały mnie na lekturę romansu. A tu okazuje się, że ta książka ma w sobie o wiele więcej, niż wątek miłosny. Porusza także ważne problemy społeczne, a momentami pojawia się nawet akcja rodem z kryminału. Drugą zaletą 1Q84  jest połączenie specyficznego stylu i języka Murakamiego. Autor w niebanalny sposób opisuje rzeczywistość otaczającą bohaterów, ich relacje z innymi ludźmi oraz targające nimi emocje. Przy tym, nie brak mu takiej plastycznej, kreatywnej fantazji. Już po raz drugi złapałam się na tym, że czytanie prozy japońskiego pisarza sprawia mi autentyczną przyjemność, która wnika właśnie z obcowaniem z tekstem napisanym w taki sposób.

Niestety, znalazło się też kilka kwestii, które nie spodobały mi się w 1Q84. Przede wszystkim - podział na tomy. Trochę zawiodłam się, kiedy dotarłam do ostatniej strony i nie znalazłam tam żadnej puenty. Można odnieść wrażenie, że opowieść jest po prostu ucięta. Najgorsze w tym wszystkim, że najciekawsza akcja rozkręca się dopiero pod koniec książki... Z podziałem na tomy wiążą się inne kwestie, jak choćby nawiązanie tytułu do kultowej powieści Orwella. Przyznaję bez bicia, że nie czytałam jeszcze Roku 1984, ale mam wrażenie, że w powieści Murakami trochę po macoszemu potraktował ten aspekt. Owszem, było wspomniane, skąd ta idea, ale nic więcej. Mam nadzieję, że w kolejnych częściach dowiem się czegoś jeszcze na ten temat. No i na deser zostawiłam sobie narzekanie na wątek romantyczny. Jak już pisałam, to o nim głównie mowa we wszystkich opisach książki, a tak naprawdę w pierwszym tomie jest przedstawiony szczątkowo. Po raz drugi w czasie jednej lektury poczułam się oszukana!

Mimo tego, że moje odczucia po zakończeniu czytania były słodko-gorzkie, to jednak muszę oddać Murakamiemu, że naprawdę dobrze się go czyta. Polubiłam jego styl, a i sama historia zapowiada się ciekawie. Przymykam więc oko na drobne wady 1Q84, bo jeśli dwa kolejne tomy będą równie dobre lub lepsze niż pierwszy (a mają potencjał!), to czeka mnie jeszcze sporo wciągającej lektury. A takiej nigdy za wiele!

English version

3 listopada 2013

L. Genova - Motyl

Tytuł: Motyl
Autor: Lisa Genova
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Rok wydania: 2011


Lisa Genova zyskała popularność w świecie literatury dzięki oryginalnej tematyce, którą porusza w swoich książkach. Poza pisarstwem, Amerykanka zawodowo zajmuje się neurobiologią, a dokładnie - chorobą Alzheimera. Obcowanie z tą przypadłością natchnęło ją do napisania debiutanckiej powieści, która szybko okazała się bestsellerem. Wydany w 2011 roku Motyl przetarł ślady dwóm kolejnym powieściom Genovej - Lewej stronie życia (2013) oraz nieprzetłumaczonej jeszcze na polski powieści Love Anthony.

Przedstawiona w książce historia opowiada o losach Alice, która tuż po pięćdziesiątce zapada na Alzheimera o wczesnym początku. Kobieta z każdym dniem traci umiejętności intelektualne związane z pamięcią krótkotrwałą - zapomina o codziennych obowiązkach, traci orientację w terenie, a nawet nie potrafi przypomnieć sobie imienia córki. Wraz z nią chorobę przeżywa cała rodzina, jednak to właśnie Alice, świadoma swojej choroby, każdego dnia musi walczyć o to, by jak najdłużej pozostać sobą…

I znów moje wrażenia po lekturze są ambiwalentne. Motyl to niewątpliwie świetna książka. Opowiedziana w niej historia opiera się przede wszystkim na emocjach i wydaje mi się, że właśnie z tego powodu trafiła do tak dużej liczby czytelników. Fabuła została oparta o wewnętrzne przeżycia głównej bohaterki. Alice to inteligentna, zaradna kobieta w średnim wieku, matka i żona. Jest zwyczajna i prawdziwa – praktycznie każdy może się z nią utożsamić. Choroba spada na nią jak grom z jasnego nieba, zupełnie niespodziewanie, za wcześnie i niesprawiedliwie. Stąd też cała gama uczuć, które pojawiają się na kartach tej historii, począwszy od smutku, żalu za utraconą osobowością, poprzez dezorientację i determinację, aby nie poddać się, aż po akceptację i rezygnację. Nie sposób pozostać obojętnym na tak przedstawiony problem Alzheimera. Po pierwsze, spojrzenie na tą przypadłość oczami chorego jest (przynajmniej dla mnie) nowością. Raczej słyszy się o tym, jak to jest żyć z osobą, która traci pamięć. W książce Genovej czytelnik poznaje to zjawisko od wewnątrz, subiektywnie, z perspektywy chorego. Po drugie, Motyl skłania do refleksji nad własną sprawnością umysłową. Przyznaję, że po lekturze odetchnęłam z ulgą, że nie muszę każdego dnia zmagać się z coraz bardziej wrogą rzeczywistością i słabością własnego umysłu. Naprawdę, choćby dla uświadomienia sobie tego, jak wiele znaczy dla człowieka pamięć, warto przeczytać tą książkę.

Istnieje jednak druga strona medalu. Ogólnie rzecz ujmując, wydaje mi się, że opowieść o losach Alice została ujęta w kiepskiej formie. W fabule pojawiają się skoki czasowe, które sprawiają, że tak naprawdę poznajemy tylko poszczególne wyrywki z życia głównej bohaterki. Niby rozumiem, że nie sposób dzień po dniu ciekawie opisać chorobę, która może rozwijać się latami, ale miałam poczucie, że autorka nie mówi mi wszystkiego. Tak, jakby powtarzała tylko w skrócie zasłyszane plotki. Drugą wadą, która rzuciła mi się w oczy, było ewidentne zaniedbanie głównej postaci drugoplanowej, czyli męża Alice. Owszem, John jest w powieści obecny, może nawet swoim zachowaniem budzić kontrowersje, ale odniosłam wrażenie, że prawie go nie znam. Autorka nie pisze o nim zbyt wiele, nie pokazuje jego emocji, jedynie szkicuje go powierzchownie. Wydaje mi się, że po prostu nie wykorzystała w pełni potencjału tej postaci, a szkoda, bo na pewno ubarwiłoby to fabułę.

Podsumowując: Motyl to książka, o której mogłabym jeszcze wiele napisać. Na pewno to, że nie na darmo otrzymała miano bestsellera. Nie tylko poruszyła mnie, ale też wzbudziła we mnie wiele refleksji na temat, który do tej pory był mi obcy. Cenię sobie takie lektury, więc gorąco ją polecam, mimo że nie jest bez wad. Jeśli mogę tak powiedzieć, to bardzo mi się podobała, choć bardziej ze względu na ładunek emocjonalny, niż na aspekt rozrywkowy. Tak czy siak, Genovej udało się przekonać mnie do sięgnięcia po jej pozostałe powieści.

24 października 2013

E. Spindler - Złodziej tożsamości

Tytuł: Złodziej tożsamości
Autor: Erica Spindler
Wydawnictwo: Gruner + Jahr
Rok wydania: 2010

Złodziej tożsamości, wydany w 2008 roku, to już moja czwarta powieść Ericy Spindler. Wracam do tej autorki nie bez powodu - wychodzące spod jej pióra książki to esencja niezobowiązującej, ale dobrej czytelniczej rozrywki. Najwidoczniej połączenie dynamicznych wątków kryminalnych z elementami romansowymi sprawdza się. Nie inaczej było i tym razem.

Wybierając ten tom z półki, zupełnie przypadkowo trafiłam na drugą część perypetii znanych mi z Naśladowcy policjantek - Kitt Lundgren i M.C. Riggio. Tym razem przyjaciółki muszą dać z siebie wszystko, bo ofiarą zabójstwa padł narzeczony M.C. Kobieta jest zrozpaczona, ale mimo wszystko postanawia wsadzić zbrodniarza za kratki. Może uczestniczyć w śledztwie tylko dzięki Kitt, która poświęca wyczekiwany z utęsknieniem urlop w Meksyku, aby pomóc swojej partnerce. Tymczasem trop prowadzi do cyfrowego światka krakerów...

Prozę Spindler ciężko zaliczyć do gatunku literatury ambitnej, czy przełomowej. Wręcz przeciwnie, jej książki są raczej lekkimi powieściami opartymi na dominującym wątku kryminalnym i pojawiającymi się w tle historiami miłosnymi, czy też społecznymi. Tym razem autorka odsunęła romans na dalszy plan, a wyeksponowała kwestie więzi rodzinnych i przyjaźni. Co prawda, motywem przewodnim jest utracona miłość M.C., ale ostatecznie bohaterka poświęca się dla dobra najbliższej rodziny i umacnia swoją relację z partnerką. Jednocześnie obserwujemy też zmagania Kitt w walce o jej małżeństwo, ale miałam wrażenie, że to temat bardzo epizodyczny. Okazuje się jednak, że taka trochę inna kombinacja emocji również zdała egzamin. Złodzieja tożsamości czyta się szybko i bez wysiłku. Akcja jest dynamiczna, prawie każde wydarzenie ma duże znaczenie dla rozwoju fabuły. Na dodatek, bohaterowie są sympatyczni i nie sposób nie kibicować im już od pierwszej strony, zwłaszcza jeśli tak jak ja poznało się ich już wcześniej w innej książce Spindler. Choć w pewnym momencie domyśliłam się, kto jest zabójcą, to jednak wątek kryminalny i rozwiązanie fabuły mogą zaskoczyć, zwłaszcza, że autorka nie oszczędza swoich postaci. Jedynym słowem - dzieje się w tej książce niemało!

Niestety, przy tej lekturze pojawił się element, do którego się przyczepię, a mianowicie - żałoba M.C. Otóż... odniosłam wrażenie, że nie było takowej. Owszem, autorka na początku wspominała coś na ten temat i wyraźnie dała do zrozumienia, że to szybki rozwój wydarzeń nie pozwoliły policjantce na mazgajenie się, ale... come on! Zakochana kobieta bezpowrotnie traci mężczyznę swojego życia i po chwili przechodzi nad tym do porządku dziennego? Mało realistyczne. Poza tym, miałam wrażenie, że postać Dana, tajemniczego narzeczonego, który szybko ginie, została wciśnięta jakoś tak na siłę. Może za bardzo się czepiam, ale ten element fabuły kompletnie u mnie nie zagrał.

To drobne niedociągnięcie nie zniszczyło mojej przyjemności płynącej z lektury Złodzieja tożsamości. Spindler ponownie postawiła wysoką poprzeczkę innym autorom piszącym w gatunku thrillerów romantycznych. Wartka akcja, sympatyczni bohaterowie i dobra intryga kryminalna to najwyraźniej bardzo dobry przepis na lekkie czytadło. Osobiście, polubiłam duet M.C. + Kitt i mam nadzieję, że jeszcze jakaś książka z ich udziałem stoi na mojej półce - muszę to sprawdzić! 

17 października 2013

J. Nesbo - Karaluchy

Tytuł: Karaluchy
Autor: Jo Nesbo
Wydawnictwo: Wyd. Dolnośląskie
Rok wydania: 2013
Czyta: m.in. Borys Szyc, Danuta Stenka, Bogusław Linda, Izabela Kuna

Kolejne słuchowisko za mną. Kto czasem zagląda na bloga ten wie, że spędziłam z nim sporo czasu, a to dlatego, że towarzyszył mi w tym Narzeczony. Jak nietrudno się domyślić, nie mieliśmy zbyt wielu okazji, żeby razem słuchać, stąd to rozwleczenie na dwa miesiące. Dla mnie było to już drugie spotkanie z komisarzem Harry'm Hole, ale pierwsze w wersji słuchanej. Narzeczony pierwszy raz zetknął się z twórczością Nesbo, dlatego poprosiłam go o gościnne występy i napisanie krótkiej opinii na koniec tej notki.

Karaluchy to druga część przygód norweskiego policjanta. Swoją światową premierę miała już w 1998 roku, ale polscy czytelnicy dostali ją w swoje ręce dopiero 12 lat później - co ciekawe, dużo później niż kolejne tomy serii. Książka, jak zwykle, przybliża nam jedno z dochodzeń, w które zaangażował się Hole. Tym razem rzecz dzieje się w Bangkoku, a w rolę denata wciela się norweski ambasador. Okazuje się jednak, że sprawa nie jest taka prosta, a uniknięcie dyplomatycznego skandalu może być trudniejsze, niż mogłoby się wydawać.

Cóż... tym razem jestem trochę rozczarowana. Mimo, że Karaluchy to słuchowisko zrobione z rozmachem i pod względem technicznym naprawdę zachwycające, to sama treść po prostu mnie znudziła. Być może to przez fakt, że słuchałam na raty, ale wydaje mi się, że książka jest zwyczajnie przegadana. Zdarzają się nagłe zwroty akcji, a na jaw wychodzą nieprzewidziane fakty, ale to rzadkość - znakomita część książki polega na śledzeniu rozmów, które Harry prowadzi z ludźmi, analizowaniu jego domysłów oraz towarzyszeniu mu w różnych miejscach, w których znajduje drobne poszlaki. Zwykle doceniam w kryminałach realistycznie oddany przebieg dochodzenia, a poza tym wielbiciele Nesbo na pewno wytknęliby mi, że w rzeczywistości tak właśnie wygląda praca policji, ale w moim odczuciu, opowieść była po prostu za mało dynamiczna i niezbyt wciągająca. Poza Harrym, którego znam już z poprzedniego tomu i Runą, która wyróżniała się na tle całej reszty postaci, nie zżyłam się z żadnym z bohaterów. Przewijało się ich wielu, ale żaden tak naprawdę nie zapadał w pamięć. Jeśli dodać to wszystko do kupy, to wychodzi niezbyt zachęcający obraz powieści. Sama byłam zdziwiona, bo Człowiek-nietoperz nie nie podobał mi się aż tak bardzo.

Nie mogę jednak pominąć faktu, że pod względem realizacji, Karaluchy to prawdziwe mistrzostwo. Gdyby tak podczas słuchania zamknąć oczy, to można by się poczuć jak na seansie kinowym (tylko obraz wyświetla się w głowie ;) ). Dialogi są odgrywane przez znanych i popularnych aktorów, na czele z Borysem Szycem wcielającym się w Harry'ego. Dodatkowo, pojawiają się również dźwięki tła - wystrzały, kroki, odgłosy w pubie, czy rozmowy telefoniczne. Dzięki temu przekaz wydaje się dużo bardziej atrakcyjny. Przyznaję, że słuchowisko, podobnie jak Żywe trupy, zrobiło na mnie pozytywne wrażenie i zaczynam żałować, że na rynku przewagę ciągle mają tradycyjne audiobooki. Na pewno z chęcią sięgnę jeszcze kiedyś po tą formę.

Najwyraźniej nie zostanę superfanką Jo Nesbo i jego książek. Dwa pierwsze tomy przygód Harry'ego Hole nie rzuciły mnie na kolana. Raczej ostudziły mój entuzjazm spowodowany licznymi pozytywnymi recenzjami. Mimo wszystko, jeszcze nie mówię tej serii nie. Pewnie ze zwykłej ciekawości sięgnę po kolejne części, choć póki co nie zaliczam ani autora, ani głównego bohatera do grup moich ulubieńców.

I opinia od mojego Towarzysza w słuchaniu:

Karaluchy jako pocztówka z Tajlandii sprawdza się rewelacyjnie, natomiast jako kryminał ma swoje niedociągnięcia. Długie przestoje w fabule wynagradzają nam dobrze nakreśleni bohaterowie i mroczny klimat powieści. Jakość wykonania słuchowiska, poza drobnymi wpadkami, kiedy dźwięki tła zagłuszają bohaterów, stoi na wysokim poziomie. Jak to zwykle bywa w przypadku takich projektów, gdzie udział biorą znani aktorzy, często zamiast głównego bohatera staje nam przed oczami Borys Szyc, którego warunki fizyczne znacząco różnią się od Harry'ego Hole. Nie zmienia to jednak faktu, że taka forma adaptacji powieści jest ciekawą odmianą i że chętnie odsłuchałbym inne dzieła innych autorów.

13 października 2013

Ch. Llorens - Saga wyklętych

Tytuł: Saga wyklętych
Autor: Chufo Llorens
Wydawnictwo: Albatros
Rok wydania: 2013

O Sadze wyklętych pisałam jeszcze przed jej pojawieniem się na polskim rynku - wyczytałam gdzieś, że zostanie wydana w połowie 2013 roku. I... zapomniałam o niej. Przypomniałam sobie na kilka dni przed moimi urodzinami i od razu postanowiłam zrobić sobie prezent. Tak więc Chufo Llorens w pewien sposób zrobił mi urodzinową niespodziankę. Lekturę skończyłam kilka dni temu, a moje wrażenia są jak najbardziej pozytywne.

Fabuła powieści rozgrywa się dwutorowo. XIV wiek w Hiszpanii nie jest najkorzystniejszym czasem dla Żydów, zwanych Sefardyjczykami. Gminy są terroryzowane przez chrześcijan, wzmagają się prześladowania. W tych niespokojnych okolicznościach rozgrywają się dramatyczne losy Esther. Młoda dziewczyna kocha Simona, jednak jej ojciec, rabin, wbrew jej woli wydaje ją za mąż za pobożnego Rubena. Dziewczyna musi poradzić sobie ze swoimi emocjami oraz z tragedią spowodowaną przez dramatyczne wydarzenia w Toledo. Równolegle toczy się historia żydowskiego rodzeństwa, które walczy o przetrwanie w czasie II wojny światowej. Siegfried, Manfred i Hanna, mimo że są Niemcami, angażują się w walkę przeciwko nazistom. Muszą porzucić wygodne życie rodzinne i nauczyć się nie tylko dbać o swoje bezpieczeństwo, ale także mieć odwagę na co dzień i kochać mimo otaczającego ich wojennego chaosu.

Spod pióra Llorensa po raz kolejny wyszła wspaniała, wielowątkowa historia. Na początku miałam wątpliwości co do związku pomiędzy obydwoma wątkami, ale nim przewróciłam ostatnią stronę, wszystko się wyjaśniło i stworzyło spójną, harmonijną całość. Oczywiście, nic nie zdradzę i pozostawię Wam ten smaczek do samodzielnego odkrycia. Mnie bardzo się spodobał i zmienił moją opinię o książce na plus. Nie trudno jednak zauważyć, że opowieść została oparta o paralelizm kompozycyjny, który wynika ze znanego powiedzenia: historia lubi się powtarzać. Zarówno wątek Esther, jak i rodzeństwa Pardenvolków rozgrywa się w czasach, kiedy Żydzi byli prześladowani, a nawet bestialsko mordowani. Stąd też nasuwające się podobieństwa. Ja jak zwykle z zafascynowaniem śledziłam historyczny aspekt powieści. Dzięki takiej a nie innej kompozycji, czytelnik może nie tylko dowiedzieć się jak wyglądało życie narodu żydowskiego we wspomnianych czasach, ale także porównać jak na przestrzeni wieków, pod wpływem różnych czynników zmieniało się (a może wręcz przeciwnie - jak niektóre kwestie pozostały niezmienne). W szerszej perspektywie, powieść Llorensa może wzbudzić wiele refleksji dotyczących przede wszystkim faktu, że życie potrafi być przewrotne.

Mimo tego, że dużą rolę w fabule odgrywa aspekt historyczny, książkę czyta się szybko i przyjemnie. Autor operuje prostym, plastycznym językiem, dzięki czemu akcja bardzo szybko wciąga czytelnika. Na dodatek, bohaterowie to prawdziwi ludzie z krwi i kości, których łatwo polubić. Od samego początku czujemy się więc jak uczestnicy opisywanych wydarzeń, zaangażowani w ich bieg i zżyci z Esther i Pardenvolkami. Jedynym minusem okazał się okresowy brak dynamicznej akcji. Niestety, wielokrotnie miałam wrażenie, że fabuła jest zbyt rozwlekła, a niektóre fragmenty, zwłaszcza te dotyczące wydarzeń z czasów II wojny światowej i partyzantki, niepotrzebnie przegadane. Więcej tam było gdybania niż faktycznych działań. Nie jest to wada, która znacząco wpływa na odbiór tej powieści, ale mi rzuciła się w oczy.

Saga wyklętych po raz kolejny przekonuje mnie, że Chufo Llorens to mistrz w swoim fachu. Jestem pełna podziwu, że w każdej powieści udaje mu się stworzyć wciągającą fabułę na kanwie autentycznych wyrażeń historycznych. I co najważniejsze, ludzie chcą te powieści czytać, a nawet mianują je bestsellerami. Ja znów świetnie się bawiłam przy lekturze, bo nie tylko przyjemnie się czytało, ale też można było coś mądrego z tej opowieści wynieść. Mimo drobnych niedociągnięć, serdecznie polecam tą pozycję.

29 września 2013

S. Grzesiuk - Pięć lat kacetu

Źródło
Tytuł: Pięć lat kacetu
Autor: Stanisław Grzesiuk
Wydawnictwo: Storybox
Rok wydania: 2009
Czyta: Arkadiusz Bazak

Zeszło mi się trochę z drugą częścią biograficznej serii autorstwa Stanisława Grzesiuka. Bynajmniej nie dlatego, że książka była kiepska. Po prostu opowieść, którą snuje autor, jest wyjątkowo przygnębiająca, tym bardziej, że jest autentyczna. A poza tym, długo zastanawiałam się, co napisać...

Pięć lat kacetu jest bowiem lekturą specyficzną. Trudno uwierzyć, że napisał ją ten sam człowiek, który w Boso, ale w ostrogach opisywał swoje życie cwaniaka w przedwojennej Warszawie - życie szybkie, pełne brawury i przygód. Wydaje się, że lata świetlne dzielą obie powieści, a przecież fabuła drugiej to bezpośrednia kontynuacja historii opisanej w pierwszej. Po aresztowaniu Stasiek Grzesiuk trafia do obozu koncentracyjnego. Każdy dzień jest dla niego walką o przetrwanie, o godne życie i o przeżycie. Na szczęście, mężczyzna zachowuje swój hart ducha i poczucie humoru i aż do ostatniego dnia w Guzen pozostaje sobą - cwaniakiem z Czerniakowa. W swojej drugiej książce opisuje obozową codzienność, w której żyli wszyscy ludzie więzieni przez Niemców w latach 1940 - 1945.

Napisałam na początku, że książka nie jest zła i podtrzymuję tą opinię. Można by powiedzieć, że Grzesiuk zafundował czytelnikom prawdziwe studium życia w obozie koncentracyjnym - opisuje wszystkie aspekty tej niewoli, od ogólnych zasad panujących za drutami kolczastymi, przez warunki pracy, relacje z współwięźniami, aż po śmierć, brutalną i tak wszechobecną. Autor snuje swoją opowieść trochę chaotycznie, bardziej przechodząc od tematu do tematu, niż trzymając się chronologii. Mimo to, wszystko składa się w spójną całość. Jak nietrudno się domyślić, emocjonalnie ta książka jest trudna. Grzesiuk nie owija w bawełnę - pisze prawdę, bolesną, trudną, przerażającą. O tym, jak ludzie umierali. O tym, jak walczyli o życie, wiedząc, że od samego początku są na przegranej pozycji. O beztialstwie obozowych strażników... Dlatego lektura tej powieści jest przygnębiająca. Bo czytelnik musi się zmierzyć z tą historyczną rzeczywistością. Przyznam szczerze, że z tego powodu musiałam sobie dawkować tą książkę. Na szczęście, autor nie zmienił swojego stylu pisania. Tam, gdzie wymagają tego okoliczności, zachowuje powagę, ale w dalszym ciągu udaje mu się dostrzec też sytuacje śmieszne, absurdalne i skomentować je w charakterystyczny, ironiczny sposób. Dzięki temu, czytelnik ma szansę od czasu do czasu uśmiechnąć się, ale też docenić wewnętrzną siłę autora, który nie poddał się i do końca na swój sposób, z charyzmą i odwagą, walczył z obozowym systemem.

Pięć lat kacetu to też wartościowe źródło historyczne. Wiedza, którą autor przekazał na kartach swojej powieści to bezpośrednia relacja zza drutów. Nikt, kto nie przeżył tego sam, nie byłby w stanie oddać tych wydarzeń w taki sposób. Bo nie tylko to, co Grzesiuk pisze, daje nam pojęcie o tym, jak wyglądało życie w obozie. Także to, jak pisze o niektórych sprawach, fakt, że w ogóle o nich pisze i że szczerze przyznaje się do niektórych z nich, mówi nam wiele o mentalności więźnia zamkniętego w takim miejscu, jak obóz koncentracyjny. Ja dostrzegłam tu nie tylko ważny wątek historyczny, ale też ciekawy aspekt psychologiczny.

Słowem podsumowania: Pięć lat kacetu to książka, którą naprawdę warto przeczytać. Żeby ją w pełni zrozumieć, wcale nie trzeba zaczynać od pierwszej części autobiografii Grzesiuka. Trzeba jednak przygotować się na dużą dawkę smutnych faktów historycznych i ogromu ludzkiego cierpienia, które jest obecne na każdej jednej stronie tej powieści. Ja w gruncie rzeczy cieszę się, że poznałam tą historię i choć nie zaliczyłabym jej do literatury rozrywkowej, to na pewno dała mi sporo do myślenia i przekazała cenną wiedzę historyczną. Na szczęście, na tym nie koniec - przede mną ostatnia część życia Stanisława Grzesiuka, miejmy nadzieję, że szczęśliwsza.

PS. Zaczęłam tą książkę w formie audiobooka, skończyłam w formie e-booka, dlatego nie oceniam jej pod kątem tego, jak się słuchało. Gdyby jednak ktoś był zainteresowany - słuchało się ogólnie dobrze, zwłaszcza, że lektor pozostał ten sam, co w poprzedniej części, ale chciałam wreszcie poznać zakończenie, a czytać normalnie było zwyczajnie szybciej. ;-) 

16 września 2013

J. L. Scott - Lekcje madame Chic

Źródło
Tytuł: Lekcje madame Chic. Opowieść o tym, jak z szarej myszki stałam się ikoną stylu
Autor: Jennifer L. Scott
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 2013

Na tą książkę miałam chętkę od dłuższego czasu. Po raz pierwszy jej recenzję przeczytałam na blogu Make Life Easier. Zasugerowałam się samą tematyką, mając nadzieję, że dzięki lekturze nauczę się czegoś nowego o modzie. Nie miałam jeszcze wtedy pojęcia, że autorka, Jennifer L. Scott sama również prowadzi bloga, a poradnik napisała w oparciu o własne doświadczenia modowe (i nie tylko), zdobyte podczas półrocznego pobytu w Paryżu. Musze przyznać, że kobieta mądrze prawi, choć nie wszystkie jej porady przypadły mi do gustu, ale o tym za moment.

Lekcje madame Chic to poradnik, który z założenia ma nauczyć czytelniczkę, jak zostać francuską damą. Został podzielony na kilka części tematycznych - ubieranie się, żywienie, makijaż, utrzymywanie porządku w domu, czy też eleganckie zachowanie. Każda z nich opiera się na konkretnym wspomnieniu autorki z czasów, kiedy w ramach wymiany studenckiej przez pół roku mieszkała w stolicy Francji. Wzorem do naśladowania dla Scott była głównie jej gospodyni - występująca w książce jako tytułowa madame Chic. To właśnie od niej Amerykanka nauczyła się tego, o czym pisze.

Chociaż bardzo chciałam przeczytać tą pozycję, to po lekturze dopadły mnie wątpliwości, czy rzeczywiście Lekcje madame Chic mogą zrewolucjonizować moje podejście do życia (bo tak należy określić postawę, którą propaguje autorka). A to przede wszystkim dlatego, że część zaprezentowanych porad nie ma nic wspólnego z życiem normalnej, współczesnej kobiety. Nie kwestionuję tego, że postępowanie według francuskich zwyczajów może być dla wielu osób pozytywną zmianą, dzięki której pokonają rutynę szarej codzienności, ale wydaje mi się, że w tym poradniku więcej jest teorii, niż praktyki. No bo która pani jest w stanie wstać o 5 rano, z uśmiechem podać śniadanie całej rodzinie, potem pójść do pracy (choćby na pół etatu!), następnie przez kilka godzin biegać po mieście (na piechotę, oczywiście) w poszukiwaniu najlepszej jakości artykułów spożywczych, z których przygotuje 3-daniowy obiad i poda go swojej rodzinie (lub/i zaproszonym zupełnie bez okazji gościom), w tak zwanym międzyczasie zdąży jeszcze zaliczyć cotygodniowe zajęcia z robótek ręcznych oraz wystroić się i wymalować na wieczorny posiłek? Otóż, każda... ale nie dzień w dzień. No chyba, że jest niepracującą mamą (tak, jak autorka) i dysponuje godzinami wolnego czasu, z którym nie ma co zrobić. Ja na pewno nie dałabym rady prowadzić takiego życia. Dlatego też niektóre rozwiązania opisywane przez autorkę wydały mi się nierealne, wymuszone, a czasem nawet zwyczajnie śmieszne.

Nie twierdzę jednak, że książka jest nic nie warta. Scott zawarła w niej także wiele mądrych i błyskotliwych wskazówek, które mogą nam pomóc w codziennym dążeniu do perfekcji. Podobały mi się rozdziały dotyczące szafy i żywienia - choć ten ostatni jest dosyć ogólny. Sama forma tej książki również przypadła mi do gustu. Autorka przeplotła porady z krótkimi anegdotkami z pobytu w Paryżu oraz własnymi przemyśleniami na dany temat. Całość czytało się błyskawicznie - lekko i przyjemnie. I co najważniejsze - poradnik ma w sobie coś, co sprawia, że momentalnie nabiera się ochoty na rozpoczęcie zmian. Może i nie wprowadzę wszystkich porad autorki w życie, ale przynajmniej dostałam impuls do tego, żeby zastanowić się nad swoimi nawykami i słabościami, może nawet uda mi się zmobilizować i coś poprawić... I głównie dlatego zaliczam tą książkę na plus.

Lekcje madame Chic oceniłam bardzo subiektywnie i momentami dosyć krytycznie. Ale i tak uważam, że warto ten tytuł poznać. Choćby po to, żeby zastanowić się nad tym, jakie życie prowadzimy, jak prezentujemy się na zewnątrz, jakie są nasze słabe strony i jak je zwalczyć. Nie muszę chyba pisać, że to literatura skierowana tylko do kobiet - jestem prawie pewna, że panowie daliby sobie spokój po kilku stronach. Ale damom, zwłaszcza tym przyszłym, polecam.

8 września 2013

M. Jennings - Spuśćmy psy

Tytuł: Spuśćmy psy
Autor: Maureen Jennings
Wydawnictwo: Oficynka
Rok wydania: 2012

O serii powieści kryminalnych o detektywie Murdochu słyszałam raz po raz już od jakiegoś czasu. Jak dotąd nie miałam jednak okazji zapoznać się z żadną częścią. Wiedziałam tylko, że jej twórczyni, kanadyjska pisarka Maureen Jennings zadebiutowała pierwszym tomem już w 1997 roku. Jedenaście lat później, zapewne za sprawą popularności książek, w kanadyjskiej telewizji pojawił się serial Murdoch Mysteries, oparty na prozie Jennings. Co ciekawe, jak dotąd wyprodukowano już sześć sezonów, a siódmy ma mieć premierę pod koniec września 2013. Cóż, przy takim obrocie spraw nie pozostawało mi nic innego, jak tylko sprawdzić, w czym tkwi sekret sukcesu detektywa Murdocha.

Spuśćmy psy to czwarty tom serii. Opowiada o, jak napisał wydawca, najtrudniejszym śledztwie Williama Murdocha. Dlaczego najtrudniejszym? Bo tym razem detektyw musi dowieść, że jego własny ojciec, Henry Murdoch, został niesłusznie skazany za morderstwo. Czas ucieka, a nad Harrym wisi widmo stryczka. Co gorsza, William nie wierzy w niewinność ojca, na jego osąd wpływają smutne wspomnienia z dzieciństwa. Czy będzie jednak potrafił obiektywnie spojrzeć na sprawę i rozwiązać zagadkę już raz osądzonego morderstwa?

Tego Wam nie powiem. Ale zachęcę do przeczytania książki i samodzielnego poznania odpowiedzi na to pytanie. Bo historia czwartego śledztwa Murdocha to dobry kryminał osadzony w historycznych realiach. Szczerze przyznam, że autorka ujęła mnie kilkoma zabiegami, które zastosowała w swojej książce. Po pierwsze, intryga została przedstawiona w klasyczny sposób. Nie znajdziemy w tej historii bójek, pościgów i strzelanin. Akcja płynie całkiem dynamicznie, choć opiera się głównie na rozmowach detektywa z innymi bohaterami i jego próbach dojścia prawdy. Murdoch podchodzi do swojego zadania z manierami dżentelmena i polega głównie na logicznym myśleniu. I choć jego dedukcji daleko do tej prezentowanej przez mistrzów Poirota i Holmesa, to i tak podobała mi się klasa, z jaką działał. Na dodatek, okazał się człowiekiem z krwi i kości, targanym namiętnościami i wątpliwościami, dzięki czemu wydawał się naprawdę autentyczny i... zwyczajnie, po ludzku sympatyczny. Mimo tego mam wrażenie, że autorka w tej części serii postawiła raczej na fart, niż na umiejętności głównego bohatera. Przez całą książkę zanosiło się na to, że zakończenie będzie zupełnie inne, niż można by się spodziewać i rzeczywiście tak było (a przynajmniej ja to tak odczytałam).

Drugim pozytywnym aspektem książki było tło wydarzeń. I nie chodzi mi tylko o fakt, że autorka przenosi nas w czasie do XIX wieku. Sporą rolę odgrywa także bardzo plastyczny opis małej wsi, położonej gdzieś w Kanadzie. Zimowa, mroczna aura, w połączeniu z ciemnością zalewającą po zmroku wiejskie bezdroża, tworzy specyficzną atmosferę tajemniczości, która jest przecież niezbędna w tym gatunku literackim. Bardzo szybko wczułam się w klimat powieści i myślę, że było to zasługą prostego, przyjemnego języka, którym operuje Jennings.

Moje ogólne wrażenia po lekturze książki Spuśćmy psy są jak najbardziej pozytywne. Zawsze szczerze przyznawałam, że jeśli kryminał rozgrywa się w przeszłości, a na dodatek trzyma w napięciu i kończy się zaskakująco, to jest to dla mnie wystarczający powód, żeby go przeczytać. Tak właśnie było w przypadku czwartej części przygód detektywa Murdocha, która okazała się lekką, wciągającą i przyjemną opowieścią. Polecam wszystkim miłośnikom kryminałów!

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Oficynka.

1 września 2013

Sneak-peak i nowy rodzaj stosiku (#25)

Mały sneak-peak pojawił się już wczoraj na moim Facebook'owym profilu, więc kto śledzi, ten wie, o co chodzi. A dla tych, co jeszcze nie wiedzą, poniżej chwalę się moim nowym nabytkiem. ;)



Na razie nie mogę jeszcze napisać o nim nic więcej - dopiero się zaprzyjaźniamy. Jak tylko przetestuję jego możliwości, na pewno się z Wami podzielę. :)

W pierwszej kolejności na ruszt pójdą trzy e-booki:
  • J.L. Scott - Lekcje madame Chic - mam nadzieję, że ta lektura pozytywnie wpłynie na moją codzienność ;) ;
  • D. Lessing - Idealne matki - nareszcie jakiś progres w kwestii Wyzwania: Nobliści :) ;
  • A. McCall Smith - 44 Scotland Street - książka, którą zaintrygowała mnie kreatywa :) 
Oczywiście, recenzjami na pewno podzielę się w Wami na blogu! :)
Pozdrawiam ciepło w ten chłodny wieczór i wracam do weekendowej lektury! :)

29 sierpnia 2013

A. D'Avenia - Biała jak mleko, czerwona jak krew

Tytuł: Biała jak mleko, czerwona jak krew
Autor: Alessandro D'Avenia
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2011

Alessandro D'Avenia to typowy humanista, można by nawet rzec - człowiek renesansu. Z zawodu jest nauczycielem, ale zajmował się także kręceniem krótkich filmów, prowadzeniem teatru oraz nauczaniem. Widać to także w jego debiutanckiej i bestsellerowej zarazem książce, która pełna jest pięknie sformułowanych przemyśleń. Nie dziwne, że spodobała się milionom czytelników w 20 krajach świata, gdzie dotarła po przetłumaczeniu.

Biała jak mleko, czerwona jak krew opowiada o pierwszej miłości. Leo, szesnastoletni Włoch, zakochuje się w koleżance ze szkoły, Beatrice. Choć nieśmiałość nie pozwala mu na bliższe poznanie ukochanej, w głębi duszy chłopak marzy o wspólnej przyszłości, opowiada o swoich uczuciach i analizuje swój stan. Rozterkami dzieli się z najbliższą przyjaciółką, Silvią. Jednak, jak to zwykle w życiu bywa, miłość nie jest łatwa, a Leo musi dojrzeć i stawić czoła tej prawdzie.

Czytałam wiele pozytywnych opinii o tej książce, ale jakoś nie został mi w głowie zarys fabuły. Dlatego sięgając po nią, nie wiedziałam, czego się spodziewać. Okazało się, że D'Avenia stworzył przepiękną, delikatną, ciepłą opowieść o pierwszej miłości. Opowieść, która jest zupełnie inna, niż zalewające rynek czytelniczy erotyki, czy też paranormal romance. Przede wszystkim dlatego, że jest prawdziwa, realistyczna. A przez to bardzo poruszająca. Jej magia tkwi właśnie w tych pozytywnych emocjach i życiowej mądrości, które płyną z każdej strony. Prosta, właściwie jednowątkowa fabuła jest w tym przypadku atutem, pozwala bowiem skupić się na przesłaniu i dać się wciągnąć w historię. Ważną rolę odgrywają także bohaterowie, którzy są autentyczni, obecność każdego z nich jest przemyślana i wnosi do powieści jakąś wartość. Wszystkie te elementy składają się w spójną całość, którą czyta się bardzo przyjemnie i szybko.

Dużym plusem tej książki jest jej forma. Autor używa w miarę prostego, choć efektywnego języka. Mimo, że wielokrotnie ociera się o tematykę filozoficzną i używa metafor, nietrudno jest zrozumieć sedno przekazu. Odwołanie do barw, które są motywem przewodnim Białej jak mleko, czerwonej jak krew sprawia, że prościej jest pojąć system wartości głównego bohatera, a przez to zrozumieć pobudki, jakimi się kieruje. Wydaje mi się, że jest to swego rodzaju ukłon w stronę młodszych czytelników, ale muszę przyznać, że i mnie dzięki temu czytało się bardzo dobrze.

Bestsellerowy utwór Alessandra D'Avenii ląduje na mojej półce z ulubionymi książkami. Opowiedziana w nim historia naprawdę mi się podobała i wzbudziła we mnie wiele ciepłych emocji. Nie zdarza mi się wracać do raz przeczytanych pozycji, ale w tym wypadku nie mówię nie, a to chyba najlepsza rekomendacja! Polecam!

27 sierpnia 2013

E. Spindler - Naśladowca

Tytuł: Naśladowca
Autor: Erica Spindler
Wydawnictwo: Arlekin
Rok wydania: 2006

Nie ma to jak dobry kryminał! Za każdym razem, kiedy sięgam po książkę z tego gatunku, przekonuję się, że nic nie wciąga tak, jak historia tajemniczej zbrodni. Zwłaszcza, historia w wykonaniu Ericy Spindler. Tym razem wybór padł na czternastą powieść w dorobku amerykańskiej autorki - Naśladowcę.

Kilka lat wcześniej w amerykańskim miasteczku Rockford grasował Morderca Śpiących Aniołków. Zbrodniarz z zimną krwią mordował 10-letnie, niewinne dziewczynki. Nigdy go nie schwytano, ale pasmo krwawych morderstw ustało. Teraz znów ktoś zabija dziewczynkę w jej własnym łózku, ale Kitt Lundgren, która prowadziła poprzednie śledztwo, dostrzega na miejscu zbrodni znaczące różnice... Wszystko wskazuje na to, że w mieście pojawił się naśladowca.

Cóż mogę napisać - Spindler po raz kolejny pozytywnie mnie zaskoczyła. Jej książka ma w sobie ten magnetyzm, który nie pozwala się oderwać od czytania. A to przede wszystkim za sprawą ciekawej, biegnącej dwutorowo fabuły. Sam wątek kryminalny jest niebanalny. Poza morderczą zagadką (której jak zwykle nie umiałam rozwiązać) oraz dynamiczną akcją związaną z  czynnościami śledczymi, zawiera także interesujące spostrzeżenia dotyczące relacji jakie występują między policjantami. Równolegle autorka opowiada historie obu głównych bohaterek. Na pierwszy plan wysuwa się Kitt Lundgren, doświadczona przez los policjantka, która dla śledztwa poświęciła swoje szczęście. Drugą protagonistką jest Mary Catherine Riggio, która w czasie trwania dochodzenia poddaje się całej gamie emocji – od zazdrości o pozycję starszej i bardziej doświadczonej koleżanki, aż po zupełnie niespodziewane zauroczenie nowym kolegą. Te wstawki obyczajowe ubarwiają powieść i sprawiają, że bohaterowie wydają się czytelnikowi bardziej ludzcy. W końcu też mają swoje zmartwienia, które nierzadko przysłaniają im otaczającą ich rzeczywistość. Ukoronowaniem powieści jest świetny język, jakim posługuje się Spindler. Jest on zarówno prosty, miejscami nawet kolokwialny, jak i plastyczny, świetnie oddający opisy oraz przebieg dynamicznych wydarzeń. Może to właśnie dzięki niemu strony topnieją w niesamowitym tempie.

Naśladowca to kolejny dobry, niewymagający kryminał. Idealny na letnie popołudnie, kiedy oczekujemy lekkiej i przyjemnej czytelniczej rozrywki. Zaskakująca intryga urozmaicona wątkiem obyczajowym, a miejscami także romantycznym naprawdę przykuwa uwagę. Można chyba śmiało stwierdzić, że Spindler uzależnia – wychodzi na to, że na końcu każdej recenzji jej powieści piszę, że chętnie sięgnę po kolejną! ;)

22 sierpnia 2013

T. Valko - Arabska księżniczka


Tytuł: Arabska księżniczka
Autor: Tanya Valko
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2013

Dokładnie rok czekałam na to, żeby poznać dalsze losy bohaterów serii Arabska żona autorstwa Tanyi Valko. Pojawienie się tej książki na rynku było dla mnie nie lada niespodzianką - przypuszczałam tylko, że autorka może się pokusić o napisanie kolejnej części, ale nie wiedziałam tego na pewno. A tu proszę, zupełnie przypadkowo natknęłam się na reklamę zamieszczoną przez wydawnictwo i jeszcze okazało się, że to całkiem opasły tom. Czego chcieć więcej? Nie czekałam zbyt długo, zdobyłam Arabską księżniczkę, delektowałam się nią nad Adriatykiem, a teraz podzielę się z Wami wrażeniami.

Powieść rozpoczyna się przypomnieniem najbardziej kluczowego zdarzenia z poprzedniej części i postępuje naprzód. Przeskakujemy w czasie o kilka miesięcy i znów spotykamy Marysię vel Miriam Ahmed Salimi Bin Laden, jej męża Hamida oraz zwariowaną polską rodzinkę z Dorotą na czele. Nadal młodzi małżonkowie niecierpliwie oczekują narodzin swojego pierwszego dziecka. Temu, wydawałoby się, radosnemu okresowi towarzyszą jednak również zmartwienia - Marysia boi się, że jej sekret ujrzy światło dzienne i zniszczy jej życie, a na dodatek martwi się o swoją mamę, która przechodzi załamanie nerwowe. W końcu mała Nadia postanawia pojawić się na świecie. Wraz z nią, w życiu rodziny pojawiają się także nowi ludzie, w tym tytułowa księżniczka, oraz nowe problemy.

Cóż, muszę przyznać, że mam do tych książek jakąś niezrozumiałą słabość. Wszystkie bez wyjątku czytałam z zapartym tchem i wypiekami na twarzy. I o ile trzy pierwsze tomy przedstawiały historię dramatyczną, niejednokrotnie przerażającą i zdumiewającą, o tyle tom czwarty sprowadza wątek obyczajowy na odrobinę spokojniejsze tory. Żadna bohaterka nie angażuje się w działania wojenne, pojawia się dużo mniej tragicznych wypadków oraz przemocy. Co nie znaczy, że powiewa nudą. Wręcz przeciwnie. Życie bohaterów wykreowanych przez Valko nie jest łatwe - na każdym kroku spotykają ich różne trudności i niebezpieczeństwa. Na dodatek, fabuła książki bazuje na głównym temacie poruszanym przez autorkę, czyli  kwestii zderzenia kultury europejskiej i arabskiej. W momencie, kiedy czytelnik choć trochę interesuje się tym, co nowe i nieznane (dla znakomitej większości osób będą to arabskie tradycje, zwyczaje, religia, prawo szariatu itp.), a na dodatek zżyje się z bohaterami, przepada. Historię Marysi chłonie się w tempie natychmiastowym, lekko, przyjemnie i naprawdę ciężko się oderwać. Valko używa języka prostego, momentami wręcz swojskiego, potocznego, nacechowanego emocjonalnie, zwłaszcza w przypadku dialogów. Momentami może nawet aż za bardzo. Ja miałam wrażenie, że najzwyczajniej w świecie słucham najnowszych plotek z życia mojej dawno niewidzianej znajomej.

Wspomniałam, że wątek obyczajowy jest odrobinę spokojniejszy, niż w poprzednich tomach serii, ale muszę przyznać, że autorka nie zrezygnowała zupełnie ze szczegółowego obrazowania ludzkich krzywd. Arabska księżniczka opowiada nie tylko o losach rodziny Bin Laden, ale także wprowadza nową bohaterkę, księżniczkę Lamię. Tym razem to właśnie ona staje się ofiarą surowych zasad moralnych i prawnych panujących w Arabii Saudyjskiej. Jej wątek jest ciekawą odskocznią od dotychczasowego sposobu przedstawiania sytuacji kobiet w krajach arabskich. Pokazuje on, że nie tylko cudzoziemki cierpią przez prawo szariatu. Okazuje się, że można mieć obywatelstwo, tytuł książęcy, mnóstwo pieniędzy, wykształcenie, a w ostatecznym rozrachunku liczy się tylko fakt, że nie jest się mężczyzną. Smutne i wstrząsające, ale też pouczające i dające do myślenia.

Podsumowując w kilku słowach - Arabska księżniczka to pozycja obowiązkowa dla wszystkich fanów serii. Zwłaszcza, że tym razem autorka wyraźnie dała znać, że to jeszcze nie koniec jej opowieści. Tych, którzy jeszcze nie mieli okazji poczytać utworów Valko, odsyłam do tomu pierwszego. Przede wszystkim dlatego, że naprawdę warto poznać tą dramatyczną historię od początku, wciągnąć się w nią i dać się jej porwać. Gorąco polecam!     

20 sierpnia 2013

Stosik na koniec wakacji (#24)

Co prawda, moje wakacje jeszcze oficjalnie trwają do października, ale ja powoli przechodzę w stan oczekiwania na kolejne lato. A to dlatego, że urlop już za mną, a wrzesień i resztę roku spędzę w pracy oraz na studiach.

Urlop okazał się dla mnie czytelniczo owocny. Podobnie, jak w zeszłym roku odwiedziliśmy z Narzeczonym piękną, ciepłą, słoneczną Chorwację. W ciągu 9 dni zdążyłam przeczytać Arabską księżniczkę i Naśladowcę (recenzje już wkrótce!). Wróciliśmy wczoraj i jeszcze ciągle czuję ciepło bijące od kamieni na plaży. ;) Dlatego też na dobry początek notki dzielę się z Wami kilkoma zdjęciami południowej przyrody:

Podwodne życie :)

 Wyspa Krk

 Południowe wybrzeże wyspy - morze + góry ©

 Podwodne życie vol. 2 :)

Widooooki! ©

No dobra, koniec zachwytów, trzeba czekać kolejny rok na takie wakacje... Ale przynajmniej jest co czytać. ;) Tak więc, przechodząc do meritum - oto moje najświeższe zdobycze:


  • Spuśćmy psy, M. Jennings - egzemplarz recenzyjny od wydawnictwa Oficynka, który po długiej pocztowej tułacze zrobił mi mega niespodziankę i dziś przybył do mnie. :)
  • Motyl, L. Genova - prezent urodzinowy od Narzeczonego;
  • 1Q84 (tom 1), H. Murakami - j.w.;
  • Róża z Wolskich. Podróż do miasta świateł, M. Gutowska - Adamczyk - podkradzione z maminej biblioteczki;
  • Dowód, E. Alexander - pożyczone od Szwagierki zupełnie spontanicznie, a okazało się, że to podobno bestseller ostatniego miesiąca;
  • Saga wyklętych, Ch. Llorens - sama też robię sobie prezenty urodzinowe, a to jeden z dwóch. Kupno drugiego odłożyłam na teraz ze względu na wyjazd. Pojawi się pewnie w kolejnym stosiku. :)
Ot i taki mały stosik na mojej półce sobie urósł. Cieszy oko i nie mogę się doczekać, kiedy będę go konsumować. Mam nadzieję, że umili mi koniec wakacji.

Pozdrawiam ciepło!

15 sierpnia 2013

M. Pagnol - Żona piekarza


Tytuł: Żona piekarza
Autor: Marcel Pagnol
Wydawnictwo: Esprit
Rok wydania: 2010


Żona piekarza to moje kolejne, zupełnie przypadkowe odkrycie. Książka wpadła mi w ręce w czasie tegorocznego bookcrossingu i ostatecznie wylądowała na mojej półce. Zupełnie nie znałam jej autora, ale Marcel Pagnol niejako sam mi się przedstawił we wstępie do swojej powieści. Już na pierwszej stronie okazało się, że ta lektura to pozycja wyjątkowa - nie powstała bowiem z oryginalnego pomysłu autora, lecz została przez niego zaadaptowana na scenariusz filmowy (i w takiej wersji dostaje ją czytelnik). Pierwowzorem była krótka historyjka zamieszczona we francuskiej prasie.

Historia opisana przez Pagnola opowiada o dramatycznym zdarzeniu, które wstrząsa małym francuskim miasteczkiem. Otóż, żona piekarza porzuca swojego męża i wraz z kochankiem ucieka z w niewiadome miejsce. Piekarz, zakochany w swojej kobiecie na zabój, niesamowicie cierpi. I nie jest w tym cierpieniu odosobniony - wraz z nim brak piekarzowej odczuwa całe miasteczko. Dlaczego? A dlatego, że zrozpaczony piekarz nie piecze chleba... Jak poradzą sobie w tej sytuacji mieszkańcy? Czy zdołają przekonać zrozpaczonego mężczyznę, aby wrócił do wykonywania swojej pracy?

Żona piekarza odrobinę mnie zdziwiła. Przede wszystkim, formą. Nie spodziewałam się, że historia o takiej tematyce może zostać zaprezentowana jako scenariusz filmowy. Czytając, miałam wrażenie,  że mam przed sobą coś w rodzaju przypowieści - fabuła jest bowiem prosta, liczba bohaterów ograniczona, a przesłanie trudne, ważne, ale też na swój sposób piękne. Podanie takiej historii w formie czystych dialogów, przetykanych tylko gdzieniegdzie krótkimi uwagami, zupełnie mi się nie spodobało. Samej opowieści nie można jednak odmówić uroku. Pagnol porusza bardzo powszechny temat zdrady w małżeństwie. Mimo, że problem jest skomplikowany, autor pisze o nim w sposób prosty, a może nawet odrobinę infantylny. Stosuje metaforę, pod którą skrywa cały wachlarz ludzkich emocji, z miłością i przebaczeniem na czele. I to właśnie te emocje są esencją tej krótkiej powieści. Bo cała reszta - prosty, lekki język, przewidywalność wydarzeń, stereotypowi bohaterowie - tak naprawdę schodzi na drugi plan. To tylko zachęta dla czytelnika, aby pochylił się nad ponadczasowym przesłaniem, przemyślał sytuację i może wyciągnął jakieś wnioski dla siebie. Osobiście, byłam oczarowana tym podstępem zastosowanym przez Pagnola. Dzięki niemu nie tylko z zaciekawieniem czekałam na zakończenie historii (które niejedną osobę może zaskoczyć) i mogłam na spokojnie przemyśleć jego wymowę, ale także dałam się porwać atmosferze pozytywnych, ciepłych uczuć, które zalewają czytelnika w momencie przerzucenia ostatniej strony.

Lekturę powieści francuskiego pisarza wspominam bardzo pozytywnie. Mimo, że książka ma niewielką objętość, a jej forma jest odrobinę nietrafiona, to jednak uważam, że jest wartościowa - niesie ogromnie ważne przesłanie, a poza tym wzbudza w czytelniku piękne uczucia. Oby więcej takich pozycji, które potrafią poruszać trudne sprawy w sympatyczny sposób. Polecam!

7 sierpnia 2013

R. Kapuściński - Cesarz

Tytuł: Cesarz
Autor: Ryszard Kapuściński
Wydawnictwo: Agora - Kolekcja Gazety Wyborczej
Rok: 2010

Ryszarda Kapuścińskiego zna chyba każdy Polak. Nawet taki, który czyta niewiele. A to za sprawą faktu, iż dziennikarz, nazywany cesarzem reportażu, był wielokrotnie nagradzany za swoje utwory. Otrzymywał wyróżnienia nawet za czasów PRL – pierwszy raz w 1956 roku! Ciężko więc nie wiedzieć, o kogo chodzi.Nie dziwne też, że jego książki zostały przetłumaczone na wiele języków obcych, czyniąc go drugim najczęściej tłumaczonym polskim pisarzem.


Na drugie spotkanie z twórczością Kapuścińskiego wybrałam Cesarza. Jest to zbiór reportaży opowiadających o funkcjonowaniu władzy cesarskiej w Etiopii na przestrzeni kilku lat przed upadkiem. Książka ma formę zbioru komentarzy autora i wypowiedzi osób, które były blisko ośrodka władzy, pełniły rozmaite funkcje w najbliższym otoczeniu cesarza i niejednokrotnie na własnej skórze czuły blask bijący od najjaśniejszej osoby w państwie.

Szczerze mówiąc, moje wrażenia po lekturze są słodko-gorzkie. Doceniam przekaz utworu. Jest on trudny, ale jednocześnie niezmiernie interesujący. Kapuściński, nie szczędząc ironii, opisuje swego rodzaju absurd – bo nie da się inaczej nazwać tego, co działo się na szczycie etiopskiej hierarchii politycznej. Momentami nie wiedziałam, czy mam się śmiać, czy płakać. Ale po chwili przychodziła mi do głowy refleksja – są ludzie, dla których to jest codzienność. Którzy każdego ranka wstają z myślą o tym, że będą cierpieć głód, którego władza nie widzi. Albo, że spędzą dzień na podkładaniu poduszki po cesarskie buty… Trzeba przyznać, że autor otwiera czytelnikom oczy na ważne, trudne i w pewnym sensie smutne sprawy.

Z drugiej jednak strony, książka zmęczyła mnie trochę. Przede wszystkim, ze względu na język. Wielu krytyków bardzo go chwali, ale mi wydał się ciężki. Wypowiedzi różnych osób oddają ich styl mówienia, charakterystyczny dla pozycji społecznej, czy też stopnia wykształcenia. Przez to niektóre fragmenty są monotonne i ciężko skupić się na treści. Mimo, że wypowiedzi są uszeregowane w sposób chronologiczny, to jednak duża ilość dygresji dotyczących samego cesarza spowodowała, że miałam problem z nadążaniem za wydarzeniami i kiepsko wciągnęłam się w opowieść.

Cesarz nie jest lekturą lekką. Powiedziałabym, że to raczej książka, która trochę uświadamia ludzi żyjących w krajach demokratycznych o tym, co dzieje się w innych zakątkach świata. Skłania do myślenia, pozwala dostrzec w Afryce coś innego, niż majestatyczną Saharę i safari z egzotycznymi zwierzętami. Podziwiam Kapuścińskiego za fakt, że potrafił dostrzec ten etiopski absurd i opisać go tak, żeby czytelnik chciał się nad nim zastanowić. Mimo kilku drobnych wad, polecam.

2 sierpnia 2013

H. Coben - Shelter [Schronienie]

Tytuł: Shelter
Autor: Harlan Coben
Wydawnictwo: Orion
Rok wydania: 2011

Książki Cobena wpadają mi w ręce w zupełnie przypadkowej kolejności. Mimo, że chciałabym się trzymać chronologii, to i tak ulegam i czytam jak się uda. Tym razem z półki zdjęłam właściwie najświeższą powieść amerykańskiego pisarza wydaną w Polsce. Shelter jest też tytułem otwierającym nową serię, w której pierwsze skrzypce gra Mickey Bolitar.

Fabuła książki jest kontynuacją wydarzeń z Wszyscy mamy tajemnice (Live Wire). Mickey mieszka ze swoim wujkiem Myronem. Choć ta sytuacja zupełnie mu się nie podoba, 15-latek zgodnie z umową zagryza zęby i stara się przeczekać aż do czasu wyjścia matki z odwyku. W międzyczasie, staje się jednak czynnym uczestnikiem zagadkowych wydarzeń. Dziewczyna Mickey'a, Ashley, znika bez wieści, więc chłopak postanawia na własną rękę odszukać ją. Pomagają mu w tym nowo poznani przyjaciele.

Shelter okazało się naprawdę dobrą powieścią, choć na początku miałam co do tego pewne obawy. Po przeczytaniu kilku książek Cobena, zdążyłam już zauważyć, że autor stawia na mocne, sensacyjne wątki, nierzadko doprawione brutalnymi elementami walk, w których uczestniczą bohaterowie. Moje skojarzenie - typowo męska literatura (choć może to zbyt mocne określenie). Dlatego też, kiedy okazało się, że głównym protagonistą i zarazem narratorem w tej opowieści jest 15-latek, nie byłam przekonana, czy całość zagra tak, jak powinna. Na szczęście, Coben wiedział, co robi. Fakt, że trzeba przymknąć oczy na pewną dozę konfabulacji (bo jaki nastolatek pod czujnym rodzicielskim okiem biega sobie po nocach poza domem, jeździ samochodem bez prawa jazdy i konfrontuje się z lokalnymi typami spod ciemnej gwiazdy?), ale poza tym Shelter jest jak najbardziej historią wciągającą, dynamiczną i ciekawą. 

Najbardziej spodobał mi się wątek, który, jak podejrzewam, będzie motywem przewodnim dla serii. Może dlatego, że zawiera element historii, a może dlatego, że Coben zrobił z niego zagadkę, którą czytelnik odkrywa wraz z biegiem fabuły. Przede wszystkim ze względu na niego wiem, że z chęcią sięgnę po kolejny tom cyklu - Seconds Away. Pozostałe wątki nie zaskoczyły mnie zanadto. Dużo fizycznej konfrontacji Mickey'a z bandziorami, trochę melodramatu w kwestii obyczajowej. Duży plus za wydarzenia związane z postacią Ashley - choć to pewnie mogłabym podciągnąć pod wątek główny, o którym wspominam wyżej.

Podsumowując - Shelter to kolejna dobra powieść Cobena. Autor jak zawsze funduje czytelnikom dynamiczną akcję i fascynujące tajemnice. Prosty język (nawet w oryginale!) i sympatyczni bohaterowie sprawiają, że książkę czyta się jednym tchem, szybko wsiąka się w historię i naprawdę ciężko się oderwać. Dla mnie była to lekka i przyjemna lektura, także na pewno nastąpi u mnie ciąg dalszy spotkań z twórczością Cobena.

24 lipca 2013

R. Sepetys - Szare śniegi Syberii

Tytuł: Szare śniegi Syberii
Autor: Ruta Sepetys
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Rok wydania: 2011

Ruta Sepetys to Amerykanka pochodzenia litewskiego. Choć jak dotąd wydała tylko jedną książkę, już zdążyła zyskać miano pisarki bestsellerowej. Być może dlatego, że inspirację czerpała prosto z życia. Jako młoda dziewczyna przeżyła koszmar wywózki na Syberię. Jako dorosła kobieta, postanowiła na kartach powieści opisać swoje wspomnienia. Książka została przetłumaczona na 22 języki i, co bardziej nietypowe, została zilustrowana soundtrackiem skomponowanym specjalnie na tą okazję przez Gavina Mikhaila.

Szare śniegi Syberii opowiadają o losach 15-letniej Liny oraz jej najbliższych w czasie okupacji sowieckiej. Pewnej nocy cała rodzina zostaje po prostu wywleczona z domu i bez żadnych wyjaśnień wpakowana do bydlęcych wagonów pociągu zmierzającego daleko poza granice Litwy, w głąb mroźnej Syberii. Wchodząca w dorosłość dziewczyna stara się radzić sobie z dramatyczną rzeczywistością obozów pracy, a jednocześnie próbuje dowiedzieć się czegokolwiek o ojcu, który został odłączony od rodziny i słuch po nim zaginął. W tych trudnych okolicznościach Lina musi szybko dojrzeć i zachować zimną krew, aby przetrwać.

Dosyć długo zbierałam się, żeby coś napisać o tej książce. Przede wszystkim dlatego, że po jej skończeniu czułam klasycznego książkowego kaca - buzowały we mnie emocje, czułam niedosyt i chciałam opuszczać Liny... Dawno już nie czytałam powieści, która wciągnęła mnie tak bardzo, że połknęłam ją na raz, jednego dnia, bez odrywania się choć na chwilę. Ale w sumie, czemu się dziwić - TAKA opowieść potrafi zawładnąć myślami i uczuciami na długo.

Najważniejsza jest w niej historia. I sposób, w jaki została opowiedziana. A została opowiedziana bez niedomówień, bez owijania w bawełnę i koloryzowania. Jest realistyczna i właśnie dzięki temu wywiera na czytelniku potężne wrażenie. Najpierw uderza nas podziw dla Liny, dla jej dojrzałości, wytrwałości, hartu ducha. To do niej się przywiązujemy i to przez nią pędzimy z czytaniem strona za stroną, żeby tylko dowiedzieć się, jaka przyszłość na nią czeka. Zaprzyjaźniamy się z nią, jak z żywym człowiekiem, słuchamy jej zwierzeń, trzymamy za nią kciuki... A po zamknięciu okładki zdajemy sobie sprawę, że to nie jest historia 15-letniej Litwinki, z którą tak się zżyliśmy. Ani nawet nie jest to historia Ruty Sepetys. To opowieść o tym, jak los potraktował miliony bezbronnych ludzi, ludzi takich jak Lina, jej matka i brat. Zdajemy sobie sprawę z faktu, że to wydarzyło się naprawdę zaledwie kilkadziesiąt lat temu. I ta nasza świadomość jest największym źródłem emocji, wstrząsa nami i zmusza nas do myślenia. Dlatego wielkie brawa dla Ruty Sepetys za to, że udało jej się tak zgrabnie rozbudzić tą świadomość w czytelnikach.

Przy takiej treści forma traci na znaczeniu. Ale w przypadku Szarych śniegów Syberii i tak nie ma się do czego przyczepić. Prosty język sprawia, że postać nastoletniej Liny jako narratorki jest realistyczna i wiarygodna. Autorka plastycznie opisuje wszystkie wydarzenia, dzięki czemu czytelnik nie ma najmniejszego problemu z przywołaniem odpowiednich obrazów - także tych tragicznych i wstrząsających. A to sprawia, że historia tym bardziej go pochłania, pozwalając mu na wniknięcie do fabularnego świata i zżycie się z bohaterami.

Bardzo żałowałam, że tak szybko przeczytałam tą książkę. Czułam ogromy niedosyt - może dlatego, że historia urywa się w dość nieoczekiwanym momencie, aby przeskoczyć wiele lat naprzód i dać czytelnikowi najważniejsze odpowiedzi. A może dlatego, że naprawdę mnie poruszyła. Niemniej jednak, uważam, że Szare śniegi Syberii były jedną z najbardziej wartościowych lektur, z jakimi miałam do czynienia. Nie tylko dlatego, że lubię historię i że dobrze się tą powieść czyta. Przede wszystkim dlatego, że to książka, która każe współczesnemu czytelnikowi wrócić myślami do tych strasznych wydarzeń, o których pamięć z każdą chwilą zaciera się... Polecam, bo to historia, o której naprawdę warto pamiętać.