27 grudnia 2012

Wyniki konkursu mikołajkowego!


Witam Was ciepło i zapraszam na rozwiązanie mikołajkowego konkursu. :)

Przypominam, że nagrodą jest audiobook Telefon od Anioła G. Musso, który mogę między Was rozlosować dzięki uprzejmości portalu Audeo.pl:




A teraz to, co interesuje Was najbardziej, czyli zwycięska odpowiedź:

Gdybym jutro odebrał/a telefon od Anioła, to poprosiłabym go, by człowiek dla człowieka był aniołem.

Autorką tej odpowiedzi jest Kinga i do niej poleci audiobook :)


Wszystkim innym uczestnikom dziękuję za udział w konkursie o gorąco zapraszam do udziału w podobnych wydarzeniach w przyszłości.


Tymczasem gratuluję Zwyciężczyni, a wszystkich pozdrawiam ciepło! :)

25 grudnia 2012

C. Ahern - If You Could See Me Now [Gdybyś mógł mnie teraz zobaczyć]

Cecelia Ahern zaczęła swoją przygodę z pisarstwem mając zaledwie 21 lat. Patrząc przez pryzmat wieku na jej pierwszą powieść - PS. Kocham cię - można uznać, że irlandzka autorka ma niesamowity dar pisania o uczuciach. I choć jej debiutancka książka poruszała temat raczej smutny (o czym pisałam tutaj), to w przypadku trzeciej pozycji w jej dorobku literackim, wydanej w 2005 roku, jest zupełnie inaczej.

If You Could See Me Now [Gdybyś mnie teraz zobaczył] to opowieść o życiu Elizabeth Egan. Los nigdy jej nie oszczędzał - trudne dzieciństwo, kłopoty młodszej siostry i dziecko, które pojawiło się w jej życiu wbrew jej woli. To wszystko sprawia, że Elizabeth jest raczej nieszczęśliwa, rzadko ufa sercu i mocno stąpa po ziemi. Sytuacja zmienia się jednak o 180 stopni wraz z pojawieniem się Ivana. Niestety, wspaniała znajomość, która mogłaby być początkiem czegoś pięknego, okazuje się trudna do utrzymania, a wszystko z powodu jednego sekretu, który skrywa mężczyzna.

Oczekiwałam od tej książki dosyć prostej i przyjemnej historii miłosnej i nie rozczarowałam się. A nawet jestem pozytywnie zaskoczona, bo okazało się, że opowieść ma także głębsze przesłanie. Fabuła płynie raczej leniwie, przyjemnie, obfituje w wydarzenia, których nie można nazwać dynamicznymi, ale mają one duże znaczenie dla życia bohaterów, więc i tak przyciągają naszą uwagę. A na dodatek, rozwijający się wątek miłosny sprawia, że z zapartym tchem śledzimy poczynania Elizabeth i rozterki Ivana. Bo na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się proste. Ale narracja poprowadzona dwutorowo, z perspektywy obojga bohaterów, uświadamia nam, że ich relacja wcale nie jest tak zwyczajna, jak mogłoby się wydawać. Od pierwszej strony wiemy, że opowieść zmierza do punktu kulminacyjnego, który możemy sobie częściowo wyobrazić. Ale ja byłam też zaskoczona - takiego zakończenia się nie spodziewałam. Same postacie zostały naszkicowane dosyć oszczędnie, tylko główni bohaterowie mają bardziej złożone osobowości i skrywają skomplikowaną przeszłość. Nie przeszkadza to jednak w odbiorze opowieści - wręcz przeciwnie, dzięki temu możemy się skupić na jej głównym przekazie.

Ogromnym plusem powieści jest kalejdoskop emocji, który wręcz zalewa czytelnika. Poznajemy uczucia towarzyszące Elizabeth w jej codzienności - mimo, że trudne, to jednak ważne i pokazujące jej ludzką dobroć. Smakujemy także całą słodycz rodzącej się miłości, radość z przebywania z drugą osobą, z przełamywania własnych słabości i poznawania tego, co dotąd było nieznane. Całą tą mieszankę autorka doprawiła szczyptą magii i dzięki temu uzyskała lekką, przyjemną, ale też niezwykle kojącą opowieść o tym, co w życiu człowieka powinno być najważniejsze. Można uznać, że to właśnie ten emocjonalny ładunek jest głównym elementem książki, a otaczająca go fabuła, to tylko sposób na zilustrowanie tego, co niewidoczne.

Podsumowując, If You Could See Me Now to lekka pozycja, ale niosąca ze sobą spory ładunek emocjonalny. Na szczęście, jej ogólna wymowa jest bardzo pozytywna i optymistyczna, dlatego powieść szybko się czyta. Mam wrażenie, że to świetny tytuł na poprawę humoru. Tak więc, kolejne spotkanie z twórczością Cecelii Ahern zaliczam na plus i pewnie za jakiś czas skuszę się na którąś z jej kolejnych powieści. Tymczasem, polecam powyższą książkę. :)

I na koniec jeszcze mała przypominajka konkursowa :)

23 grudnia 2012

Życzenia świąteczne

Jako, że jutro pewnie będę pochłonięta ostatnimi przygotowaniami do świątecznego świętowania ;), to postanowiłam życzenia złożyć Wam już dziś. :)



A więc:

Kiedy pierwsza gwiazdka na granacie nieba
mruganiem przypomni, że do stołu siadać pora,
niech otoczy Cię radość, szczęście i miłość,
abyś dostrzegł piękno tego wieczora.

Popatrz uważnie na najbliższych twarze,
tak sercu drogie i od lat dobrze znane,
raduj się tym, że jesteście wciąż razem,
że razem spędzacie chwile niezapomniane.

Niech Wam w tej radości Jezusek błogosławi,
zdrowiem, miłością i szczęściem Was obdarzy,
niech Wam nie zbraknie siły i odwagi,
niech spełni się to, o czym każdy z Was marzy.

A kiedy już podarki spod choinki znikną
i ustaną kolędy ostatnie brzmienia,
w ciszy i skupieniu, w szczęściu i radości,
cieszcie się magią Bożego Narodzenia!


Ps. Przy okazji zapraszam Was jeszcze raz do udziału w przedłużonym konkursie mikołajkowym, może akurat znajdziecie w Święta chwilę czasu, żeby napisać zgłoszenie! :)


20 grudnia 2012

Przedłużenie KONKURSU MIKOŁAJKOWEGO

Dziś miałam opublikować zwycięzców konkursu mikołajkowego, który ogłosiłam 3 tygodnie temu, ale liczba zgłoszeń była bardzo mała. Postanowiłam więc przedłużyć termin zgłaszania się do dnia 26.12, a wyniki pojawią się 27.12. 

Gorąco zapraszam do udziału. Warunki konkursu znajdują się w notce, do której podlinkowany jest baner. Zgłoszenia możecie zostawiać i pod tamtą notką i pod tą.



Zapraszam i życzę powodzenia!

19 grudnia 2012

S. J. Watson - Zanim zasnę

Źródło
Zanim zasnę to literacki debiut brytyjskiego pisarza, Stevena "S. J." Watsona. Książka została opublikowana w 2011 roku i szybko zyskała rzesze fanów na całym świecie. Jej popularność okazała się tak duża, że zainteresował się nią świat filmowy. Producentem obrazu będzie Ridley Scott, a w roli głównej zobaczymy Nicole Kidman. Film ma wejść do kin już za rok.

Książka opowiada historię cierpiącej na amnezję Christine Lucas. Kobieta każdego ranka budzi się zdezorientowana, nie wie, gdzie jest ani dlaczego osoba, którą widzi w lustrze, nie wygląda jak ona. Nie pamięta zupełnie niczego. Pewnego dnia, lekarz podpowiada jej, aby zaczęła pisać pamiętnik i  codziennie przypomina jej o tym, żeby go czytała. Wtedy Christine orientuje się, że niektóre fakty nie zgadzają się, a najbliższe osoby okłamują ją na każdym kroku. Nie wie, komu może ufać i boi się tego, że jest zdana tylko na siebie.

Moje ogólne wrażenia odnośnie tej opowieści są pozytywne, chociaż zauważyłam w niej kilka niedociągnięć. Niemniej jednak, muszę pochwalić przewrotną, wciągającą fabułę, skonstruowaną w dosyć niestandardowy sposób. Jej centralnym punktem jest pierwszoosobowa narracja - relacja Christine z kolejnych dni jej życia, oparta na zapiskach z pamiętnika. Ten jeden element tworzy nie tylko główny wątek, ale też wprowadza specyficzny klimat do opowieści. Akcję poprowadzono tak, że rozpoczynając lekturę, nie wiemy praktycznie nic, ale z każdą kolejną stroną, w miarę jak bohaterka przypomina sobie różne rzeczy, i my uzyskujemy kolejne informacje, które układają się w kompletną historię. Brzmi prosto, ale wcale tak nie jest, bo autor wodzi nas za nos, nie raz wpycha w ciemne zaułki pamięci Christine, kłamie i oszukuje. Dzięki temu, słuchając, sama nie byłam pewna, co jest prawdą, a co nie... Tym bardziej więc chciałam poznać zakończenie. Nie usatysfakcjonowało mnie ono jednak w stu procentach. Po pierwsze, już wcześniej udało mi się rozgryźć zagadkę, a poza tym, nie do końca wytłumaczono, jak potoczyły się wydarzenia pomiędzy punktem kulminacyjnym, a rozwiązaniem akcji. Niby coś było powiedziane, ale wydało mi się to mało przekonujące. A po drugie, niektóre elementy fabuły wydały mi się trochę naciągane i niezbyt realistyczne. Rozumiem, że różne rzeczy się zdarzają, ale moim zdaniem, w przypadku zakończenia tej książki autor trochę popłynął.

Kolejną zaletą powieści były uczucia, niejednokrotnie wręcz namacalne. Podczas słuchania, nie raz robiło mi się smutno na myśl o bohaterce. Bo Zanim zasnę to nie tylko thriller psychologiczny, który ma czytelnika zaniepokoić, a może nawet trochę przestraszyć. To przede wszystkim studium wewnętrznych odczuć osoby dotkniętej amnezją. Praktycznie przez cały czas miałam wrażenie, że siedzę w głowie Christine. Słyszałam więc każdą jej myśl, odczuwałam wszystkie emocje, widziałam świat jej oczami. I muszę przyznać, że trochę mnie to przeraziło. Z lektury wyniosłam przekonanie, że utrata pamięci musi być jedną z najtrudniejszych w odczuciu chorego przypadłości. Bezradność, strach i niepewność bohaterki udzielała mi się, tworząc tą specyficzną atmosferę lęku. Także sama intryga, kiedy już wyszła na jaw, pokazała całą historię w nowym świetle - podkreślając, jak bezbronny jest człowiek, który nie jest w pełni władz umysłowych.

Prosty i przyjemny język, jakim napisana została powieść, dopełnia listy plusów. Także realizacja audiobooka jest na dobrym poziomie - czytająca autorka już po kilku pierwszych minutach słuchania wydała mi się idealnie dobrana do roli Christine. Zanim zasnę można więc śmiało uznać za porządną, trzymającą w napięciu powieść psychologiczną. Rządzące fabułą poczucie lęku dodaje całości smaku i charakteru, a niezbyt udane zakończenie na szczęście nie psuje ogólnego, pozytywnego wrażenia. Jednym słowem - polecam.

Audiobooka wysłuchałam dzięki uprzejmości portalu Audeo.pl

 

14 grudnia 2012

R. Riggs - Osobliwy dom Pani Peregrine

Osobliwy dom Pani Peregrine pojawił się na mojej liście must-read pod wpływem wielu pozytywnych recenzji innych bloggerów. Ogarnęła mnie niesamowita chęć zapoznania się z tą historią i na szczęście w miarę szybko udało mi się ją zrealizować (wielkie dzięki, Mikołaju :) ). W pierwszej chwili nazwisko autora zupełnie nic mi nie mówiło, ale kiedy poszukałam informacji, okazało się, że nie ma w tym niczego dziwnego. Ransom Riggs, amerykański pisarz, ma bowiem w swoim dorobku tylko cztery pozycje, które nie osiągnęły zbyt wielkiej popularności. Można więc powiedzieć, że książka, którą właśnie przeczytałam, to jego zupełnie świeży debiut na światową skalę.

Głównym bohaterem powieści jest nastoletni Jacob Portman. Chłopak uwielbia swojego dziadka, Abe'a, który przez wiele lat opowiadał mu historie o sierocińcu na słonecznej, walijskiej wyspie, w którym wychowywał się razem z innymi dziećmi. Z dziećmi, które były osobliwe, uzdolnione w niesamowity sposób. Z biegiem lat dorastający Jacob z coraz większym sceptycyzmem podchodzi do fantastycznych opowieści dziadka, u którego w końcu zostaje zdiagnozowana demencja. Wszystko zmienia się jednak, kiedy Abe zostaje zamordowany praktycznie na oczach Jacoba, a w swoich ostatnich słowach prosi wnuka, aby w poszukiwaniu prawdy udał się na wyspę z jego opowieści.

Na początku zaznaczę uczciwie, że recenzja będzie bardzo entuzjastyczna i pełna zachwytów, bo dawno już nie czytałam tak magicznej, przejmującej bajki niekoniecznie dla dzieci. Sama fabuła jest dosyć prosta, jednowątkowa, ale za to niesamowicie wciągająca. Nie możemy się od niej oderwać głównie za sprawą dynamicznej akcji, na początku opartej na intrygującej zagadce, a później przemieniającej się w pasmo sensacyjnych wydarzeń. Opowieść jest naszpikowana elementami fantastycznymi i, co ciekawe, im bardziej nas pochłania i im dalej w nią zabrniemy, tym bardziej nieoczekiwany obrót przybiorą sprawy. Mimo, że nie jestem miłośniczką zbyt wybujałej fantazji w książkach, to w tym przypadku, wszystko gładko przełknęłam i bardzo mi smakowało. Całości dopełniają wspaniale wykreowane postacie. Poza Jacobem, który odgrywa rolę pierwszoplanowego bohatera i naszego przewodnika, poznajemy także gromadkę osobliwych dzieciaków. Każde z nich samo w sobie jest ciekawe ze względu na swoje zdolności, ale poza nimi, każde z nich posiada także oryginalną osobowość i nierzadko, tajemniczą przeszłość.

Bardzo spodobał mi się fakt, że książka autentycznie przemawia do emocji czytelników. Nie da się czytać jej pobieżnie, jednym okiem zerkając w telewizor. Ona dosłownie pochłania, angażuje zmysły i uczucia. Bo przede wszystkim, sympatyzujemy z bohaterami, trzymamy kciuki za ich poczynania, nie raz współczujemy im. Podziwiamy ich odwagę, chęć do działania i niesienia pomocy, lojalność i otwartość. Śledzimy problemy osobiste i moralne wybory Jacoba, które, jak w prawdziwym życiu, nie są proste. Jesteśmy świadkami rodzących się przyjaźni, a nawet młodzieńczego zauroczenia. To wszystko sprawia, że mimo odrobinę mrocznej otoczki, powieść niesie jak najbardziej pozytywne przesłanie. Jednocześnie, mistrzowsko wykreowany klimat wyspy i sierocińca budzi w nas wewnętrzny niepokój. W niektórych momentach, czytając wieczorem w pustym domu, nie raz oglądałam się przez ramię i zastanawiałam się, cóż to za dziwne dźwięki dochodzą z kuchni... Mimo tego, cały czas miałam wrażenie, że razem z Jacobem i jego przyjaciółmi jestem w magicznym, choć trochę strasznym świecie. Plastyczny i lekki język powieści sprawiał, że w mojej wyobraźni łatwo formowały się wszystkie obrazy - i te piękne, i te mroczne. A kalejdoskop emocji nie pozwalał mi ani na chwilę tego świata opuścić.

No i najważniejszy chyba element, dzięki któremu książka w ogóle powstała - fotografie. Nie tylko ułatwiają wyobrażenie sobie osobliwych dzieci, ale także dopełniają tajemniczej atmosfery. Zwłaszcza, że autor potwierdza ich autentyczność. Na dodatek, są źródłem wrażeń estetycznych. Powieść jest bowiem pięknie wydana. W twardej oprawie, wydrukowana na grubym, kredowym papierze, z ozdobnikami i ładnym drukiem, przynosi prawdziwą przyjemność z obcowania z tradycyjną książką.

Osobliwy dom Pani Peregrine to naprawdę świetna, przyjemna lektura. Łączy w sobie najlepsze elementy - trochę fantazji, odrobinę strachu i szczyptę najprawdziwszych uczuć. Pod tym względem przypominała mi trochę młodzieżowe powieści Zafona i mogę się założyć, że na pewno trafi w gusta jego wielbicieli. Prosta, ale ciekawa fabuła wciągnie nie tylko nastolatków, dla których książka jest podobno przeznaczona, ale i niejednego dorosłego czytelnika, który lubi oderwać się od rzeczywistości. Ja jestem zauroczona powieścią Riggsa i myślę, że jeszcze przez długi czas nie opuści ona moich myśli, wnosząc w nie powiew tych ciepłych uczuć, które emanują z jej kart.

12 grudnia 2012

Ch. Llorens - Morze ognia. Władca Barcelony II

Morze ognia. Władca Barcelony II to kontynuacja opowieści rozpoczętej w książce Władca Barcelony. Poznajemy dalsze losy armatora Martiego Barbany oraz jego rodziny i przyjaciół. Mężczyzna jest teraz znamienitym obywatelem miasta, cenionym zarówno przez lud, jak i dwór hrabiowski. Jednak życie go nie oszczędza. Jedynym pocieszeniem jest dla niego Marta, ukochana córka. Niestety, losy układają się dla Martiego niepomyślnie i w wyniku nieprzewidzianego splotu wydarzeń, mężczyzna musi zostawić swoją córkę w Barcelonie i wyruszyć w niebezpieczną podróż.

Z twórczością Chufo Llorensa spotykam się już nie pierwszy raz, autor jest mi znany - a tu proszę, przy okazji lektury kolejnej książki dowiedziałam się dwóch nowych i zaskakujących rzeczy. Otóż, po raz pierwszy zobaczyłam hiszpańskiego pisarza na zdjęciu i zdziwił mnie jego wiek. Nie wiedzieć czemu, zawsze wydawało mi się, że to mężczyzna w okolicach 40-stki, a okazuje, że pan Llorens już od dawna jest na emeryturze i zabija czas pisaniem. Nic odkrywczego, ale byłam zaskoczona. Drugą niespodzianką okazała się informacja, że w lipcu 2013 w Polsce zostanie wydana kolejna książka tego autora, Saga przeklętych. Tym razem bardzo się ucieszyłam, bo jak dotąd wszystkie powieści spod pióra Llorensa bardzo przypadły mi do gustu.

Morze ognia. Władca Barcelony II nie jest w tej kwestii wyjątkiem. Tak, jak w przypadku pierwszej części, tak i teraz czytelnik otrzymuje długą, wielowątkową powieść, pełną niebezpiecznych wydarzeń, dworskich intryg i prawdziwych emocji. Kiedy już raz otworzymy ten gruby tom, nie sposób się od niego oderwać. Złożona fabuła jest pomyślana tak, żeby nie znudzić czytelnika. Skaczemy z wątku na wątek, ale nie ma w tym nic złego - akcja jest bowiem bogata, wiele rzeczy dzieje się na raz i dzięki takiej kompozycji jesteśmy w stanie nadążyć za chronologią wydarzeń. Tak jak poprzednio, mamy tu również mieszankę gatunków. Wraz z Martim powracamy na pokład statku, aby wyruszyć w niebezpieczną podróż morską, jego córka staje się bohaterką dworskiego romansu, a służący i przyjaciele uczestniczą w wydarzeniach niemal sensacyjnych (na miarę średniowiecza, oczywiście). Także mnogość postaci działa na korzyść powieści. Część z nich znamy już z pierwszego tomu, a część poznamy lepiej dopiero teraz. Bez wątpienia, każdy czytelnik znajdzie przynajmniej jednego bohatera, którego obdarzy sympatią i którego poczynania będzie śledził ze szczególnym przejęciem. Taka sytuacja sprawia, że przez długie godziny nie będziemy chcieli opuścić tętniącej życiem Barcelony.

Niestety, mimo tak pozytywnego wrażenia, znalazłam w lekturze dwa elementy, które mi się nie spodobały. Pierwszym z nich jest fakt, że wątek głównych bohaterów - Martiego i Marty - był, jak dla mnie, zbyt krótki. Jak już wspominałam, historia jest pełna różnorakich wydarzeń i chcemy nadążać za wszystkimi, ale moim zdaniem, część z nich mogła zostać przez autora pominięta na rzecz większej ilości informacji o Barbanych. W ten sposób, nie byliby oni przytłoczeni przez inne wątki i postacie. A tak, pozostał mi pewien niedosyt w kwestii ich obecności w opowieści. Drugim elementem było zakończenie. Nie chcę zdradzać zbyt wiele, ale muszę przyznać, że pozostawiło ono we mnie słodko-gorzkie odczucia. Niby spodziewałam się czegoś w tym stylu, ale jedno wydarzenie szczególnie mnie zaskoczyło i zasmuciło, a rozwiązanie wątku Marty nie usatysfakcjonowało mnie w pełni.

Nie sposób również nie wspomnieć o niezwykle dopracowanym tle historycznym powieści. To nie tylko obraz średniowiecznej Barcelony, jako portowego miasta, prężnie rozwijającego się i będącego domem dla reprezentantów wszystkich szczebli społecznych. Historia została w Morzu ognia zastosowana jako swego rodzaju szkielet - na wydarzenia rzeczywiste została nałożona warstwa fikcji literackiej. Obok autentycznych postaci historycznych pojawiają się zmyśleni przez autora bohaterowie. To sprawia, że lektura książki to nie tylko wspaniała rozrywka, ale także oryginalna i arcyciekawa lekcja historii.

Kończąc ten długi wywód, dodam jeszcze kilka słów podsumowania. Gorąco polecam książkę Morze ognia. Władca Barcelony II, tak samo, jak polecałam poprzedni tom serii. Opowieść na pewno przypadnie do gustu wielu czytelnikom, zwłaszcza tym, którzy lubią złożone, dynamiczne historie lub chociaż trochę interesują się tym, jak wyglądał świat i życie codzienne w przeszłości. Ostrzegam tylko, że przygody Martiego i spółki naprawdę wciągają i pochłaniają czytelnika na długie godziny. Ale przecież chyba właśnie o to chodzi w dobrej książce.

10 grudnia 2012

Stosik po-mikołajkowy (18)

No to wreszcie i ja chwalę się, jaka byłam grzeczna w tym roku i jak mnie Mikołaj obdarował. ;)



  • Rekonstrukcja, K. Bielecki - to był pierwszy mikołajkowy prezent, zupełnie niespodziewany, bo zapowiedziany tylko kilka dni wcześniej;
  • Widma w mieście Breslau, M. Krajweski - to akurat nabytek jeszcze z listopada, pochodzi z wymiany książkowej na portalu Wizaż.pl;
  • Salem Falls, J. Picoult - również z listopada, upolowałam na Allegro, to już chyba ostatnia książka Picoult z tych starszych, której jeszcze nie czytałam;
  • Człowiek nietoperz, J. Nesbo - tak świeża, że aż jeszcze ciepła, upolowana dzisiaj na promocji w Lidlu, taki mój mikołajowy prezent ode mnie dla mnie ;) ;
  • Osobliwy dom Pani Prergrine, R. Riggs - ten wyczekany przeze mnie tytuł Mikołaj zostawił w u moich rodziców, muszę przyznać, że mam niesamowitą chrapkę na tą książkę :).


A to zadowolony sprawca mojej radości, oby tak samo spisał się na gwiazdkę. ;)

Na koniec przypominam jeszcze o konkursie, zgłaszajcie się, bo naprawdę warto - jeśli sami nie jesteście zainteresowani, to może będziecie mogli zrobić prezent komuś z bliskich. :)




Pozdrawiam ciepło! :)

8 grudnia 2012

G. Musso - Telefon od Anioła

Źródło
Guillaume Musso był mi dotychczas znany jedynie z recenzji innych bloggerów. Na szczęście, zmieniło się to dzięki audiobookowi Telefon od Anioła, którego miałam okazję słuchać w ostatnim czasie. I muszę przyznać, że chyba dołączę do grona fanów francuskiego powieściopisarza. Okazuje się jednak, że, jeśli chodzi o jego dorobek, mam spore tyły. Autor debiutował w 2001 roku, a na swoim koncie ma już 9 tytułów. Polskie wydanie dziesiątego jest w przygotowaniu. Także nie pozostaje mi nic innego, jak tylko czytać (albo słuchać) więcej!

Telefon od Anioła to historia kompletnego przypadku. Jonathan i Madeline, pędząc do jedynego wolnego stolika w lotniskowej kawiarni, wpadają na siebie z impetem. Po pozbieraniu swoich porozrzucanych rzeczy i wymienieniu kilku cierpkich uwag na temat wypadku, każde z nich rusza w swoją stronę, nie przypuszczając, że to wcale nie jest ich ostatnie spotkanie. Zamienione telefony komórkowe i dla Jonathana, i dla Madeline stają się bramą do poznania sekretów i tajemnic z przeszłości tej drugiej osoby.

Na początku sądziłam, że książka okaże się lekkim romansem i podeszłam do niej, jak do przyjemnej i niewymagającej lektury na jeden wieczór. Po skończeniu słuchania byłam jednak zupełnie zaskoczona! Po raz kolejny doceniam powiedzenie: nie oceniaj książki po okładce. Okazało się bowiem, że Telefon od Anioła ma złożoną fabułę, w której mieszają się elementy różnych gatunków literackich. Już sam wątek miłosny odbiegał od tego, czego się spodziewałam i muszę przyznać, że idealnie pasował do innych wydarzeń w książce. Niezbyt przesłodzony i dosyć realistyczny, bardzo przypadł mi do gustu. Oprócz niego, w powieści natkniemy się też na całkiem zgrabną zagadkę kryminalną z zaskakującym zakończeniem, a nawet na akcję rodem z powieści sensacyjnych, która  jest naprawdę dynamiczna! Właśnie dlatego powieść niesamowicie wciąga i przykuwa ciekawość czytelnika. Muszę przyznać, że słuchałam, kiedy tylko się dało, bo tak zaintrygowały mnie losy bohaterów!

Oni sami również zostali przez autora naszkicowani z wielką starannością. Każda postać posiadała swoją historię, była złożona i sprawiała wrażenie osoby z krwi i kości. Tak jak w prawdziwym życiu - kiedy kogoś spotykamy, na początku jest on dla nas zagadką, a z czasem poznajemy go coraz lepiej i odkrywamy różne aspekty jego osobowości. Tak samo było z Jonathanem, czy Madeleine. Musso sprawił, że podczas słuchania nie raz zdarzyło mi się zmienić zdanie na temat któregoś z nich, przechodziłam od sympatii do irytacji i z powrotem. Bardzo mi się to podobało, bo dzięki temu nawet fragmenty opowieści dotyczące relacji między bohaterami były niezmiernie ciekawe.

Jeśli chodzi o samą formę przedstawienia historii, nie mam żadnych zastrzeżeń. Książka jest napisana plastycznym, prostym językiem, dzięki czemu z łatwością odtworzyłam ją w swojej wyobraźni. Odniosłam nawet wrażenie, że powieść ma spory potencjał filmowy - na pewno świetnie oglądałoby się ją na ekranie. Samo wykonanie audiobooka również przypadło mi do gustu. Czytający książkę Krzysztof Gosztyła profesjonalnie operował głosem, nadając opowieści odpowiednią oprawę emocjonalną. Nie mogę jednak przemilczeć faktu, że czasami śmieszyły mnie kwestie Madeline wypowiadane basem dorosłego mężczyzny... Audiobook został podzielony na ok. 12-15 minutowe fragmenty, które były wygodne do odsłuchiwania.

Podsumowując - bardzo polecam Telefon od Anioła, zarówno jako lekturę tradycyjną, jak i w formie czytanej. Książka zgrabnie łączy w sobie kilka gatunków literackich i prezentuje błyskotliwą, trzymającą w napięciu i pełną emocji historię. To lekka i przyjemna lektura, która zostaje w pamięci. Myślę, że nikt nie będzie zawiedziony. Ja natomiast z chęcią spotkam się jeszcze z twórczością Guillaume Musso.

Za możliwość posłuchania audiobooka dziękuję portalowi Audeo.pl




A jeżeli ktoś z Was interesuje się sportem albo szuka motywacji do prowadzenia bardziej aktywnego trybu życia, to na pewno zaintryguje go nowa pozycja na rynku audiobooków: Trzy mądre małpy Łukasza Grassa. Jak piszą o niej wydawcy:

Wbrew pozorom audiobook "Trzy mądre małpy" nie jest dedykowany wyłącznie sportowcom czy porusza tylko taką tematykę. Książka Łukasza Grassa to nie sucha opowiastka czy poradnik o tym jak zacząć trenować i przechodzić na kolejne poziomy. Jest to przede wszystkim audiobook inspirujący, motywujący do działania i skłaniający do zmian... do wstania z kanapy i rozpoczęcia aktywności. To osobista historia człowieka, który postanawia coś zmienić w swoim życiu. Można stwierdzić, że jest to właśnie książka do osób, które ze sportem mają niewiele lub nic wspólnego.
Audiobook "Trzy mądre małpy" jest pierwszą sportowo - motywacyjną książką do słuchania na polskim rynku. Natomiast dzięki cyklowi "Aubiobiblioteka sportowca" z pewnością nie będzie ostatnim. 

Audiobooka można kupić poprzez stronę http://www.audiotrening.pl/, gdzie udostępniono także fragment do posłuchania. Pozycję można również zdobyć na Audeo.pl .


I na koniec jeszcze przypominajka konkursowa, dla tych, którzy przegapili - baner przeniesie Was do notki z zasadami konkursu. :)


6 grudnia 2012

Santa Claus is coming... czyli KONKURS MIKOŁAJKOWY!

Słyszycie?

Chyba ktoś skrada się po dachu..?

Tak! To Święty Mikołaj, który zawitał też do mnie! :) Tym, co przyniósł dla mnie, pochwalę się Wam już w poniedziałek. Ale, ale... Okazało się, że w tym roku nie tylko ja byłam grzeczna, bo Mikołaj zostawił także coś dla Was. A konkretnie - dla jednej osoby, która zwycięży w moim mikołajkowym konkursie.


Źródło


Wspomniany prezent, który zostawił u mnie Mikołaj, to audiobook Telefon od Anioła Guillaume Musso, czytany przez Krzysztofa Gosztyłę. Osobiście, jestem w trakcie przesłuchiwania go i mogę bardzo serdecznie polecić, zresztą wkrótce ukaże się jego recenzja.

Co trzeba zrobić, żeby stać się posiadaczem audiobooka?
  • Wykazać się kreatywnością i dokończyć zdanie Gdybym jutro odebrał/a telefon od Anioła, to...
  • w komentarzu pod tą notatką umieścić odpowiedź oraz podać adres e-mail, żebym potem mogła się skontaktować ze zwycięzcą,
  • na swoim blogu wstawić baner reklamujący konkurs (można dowolnie zmieniać jego rozmiar):


  • można też polubić mojego bloga na Facebooku, ale nie jest to konieczne,
  • nadesłać odpowiedź do 18 grudnia włącznie,
  • uzbroić się w cierpliwość w oczekiwaniu na wyniki, które pojawią się 20 grudnia 2012.
Cóż, pozostaje mi tylko zaprosić Was wszystkich bardzo serdecznie do udziału i podziękować portalowi Audeo.pl za ufundowanie nagrody.
Tak więc, czekam na Wasze odpowiedzi i pozdrawiam cieplutko! :)

28 listopada 2012

P. Gregory - Kochanek dziewicy

Kochanek dziewicy  to piąta i przedostatnia część cyklu tzw. Powieści Tudorowskich. Tym razem Philippa Gregory opowiada swoim czytelnikom historię córki Henryka VIII i straconej królowej Anny Boleyn, Elżbiety I. Kobieta wstępuje na angielski tron po swojej siostrze Marii, znanej w historii pod przydomkiem "Krwawa Mary". Choć młoda księżniczka przez lata była uznawana za bękarta, a jej prawa do tronu były zawsze kwestionowane, to jednak w końcu otrzymuje koronę i władzę nad królestwem... I nie tylko. Przy jej boku pojawia się bowiem lord Dudley, a wraz z nim wielka, ale burzliwa miłość.

Kilkakrotnie wspominałam już o brytyjskiej pisarce, która zachwyciła mnie swoimi powieściami. To nie tylko kwestia tematu, który Gregory sobie upodobała i który mnie akurat interesuje. To także sposób, w jaki historia zostaje opowiedziana. Bo Powieści Tudorowskie, choć ubarwione elementami fantastycznymi,  w dużej mierze przedstawiają rzeczywiste wydarzenia z przeszłości. W Kochanku dziewicy poznajemy mały wycinek z dziejów tej wielkiej, angielskiej dynastii, bo zaledwie około trzy lata z okresu panowania Elżbiety. Fabuła powieści składa się z dwóch głównych wątków. Pierwszy z nich opowiada o trudnym, ale żarliwym romansie pomiędzy młodą królową, a jej koniuszym, lordem Robertem Dudleyem. Już samo obcowanie monarchini z poddanym wzbudza oburzenie dworu i ludu. Ale to nie wszystko, bo jak się dowiadujemy, za sir Robertem wlecze się niezbyt chlubna przeszłość zdrajcy. Nietrudno się domyślić, że uczucie, które połączyło tych dwoje, musi stawić czoła wielu zawirowaniom i poddać się dworskim intrygom. Drugi wątek ukazuje nam zupełnie inne oblicze Elżbiety. Poznajemy ją jako kobietę zasiadającą na tronie jednego z potężniejszych krajów Europy, jako przywódczynię, która musi walczyć o swoje ziemie i potęgę królestwa, jako spadkobierczynię reformacyjnego wyznania, które w kontrowersyjny sposób ustanowił jej ojciec. Okazuje się, że bycie królową nie oznacza wcale życia usłanego różami, ale jest pasmem niekończących się wyrzeczeń.  Jedyne, co mogę zarzucić fabule, to fakt, że dosyć powoli się rozkręca, a na końcu urywa się w nieoczekiwanym momencie. Ale co do tego drugiego, podobne odczucia miałam po lekturze Wiecznej księżniczki, więc może to specyfika powieści Gregory.

Tego historyczno-miłosnego obrazu dopełniają oryginalni bohaterowie. Są barwni, mają złożone osobowości i nie brakuje im talentu do zawiązywania intryg. Miałam jednak wrażenie, że sama Elżbieta została w książce trochę zmarginalizowana, a jej przewrotny charakter pokazany czytelnikom tylko pobieżnie. Nie mogłam też znieść Amy - żony Dudleya. Nie wiem, czy był to umyślny zabieg autorki, czy przypadek, ale ta postać była wyjątkowo irytująca, "rozmemłana" i pozbawiona charakteru. A szkoda, bo gdyby było inaczej, moglibyśmy obserwować swoiste starcie dwóch silnych bohaterek.

Książkę czyta się naprawdę błyskawicznie. Prosty, obrazowy język i duża ilość dialogów pozwalają bezboleśnie przebrnąć nawet przez fragmenty dotyczące strategii i działań wojennych, które w moim odczuciu były najsłabszym elementem lektury. Również opisy miłosnych uniesień Elżbiety i Roberta są stonowane i delikatne, zdecydowanie nie wzbudzają negatywnych emocji. Nawet nie zauważyłam, kiedy uciekło mi niemal 600 stron.

Kochanek dziewicy to swego rodzaju połączenie przyjemnego z pożytecznym. Burzliwy romans i wartka akcja sprawiają, że opowieść jest naprawdę przyjemna i wciągająca, zwłaszcza dla czytelników lubiących ten gatunek. Tło historyczne dodaje element edukacyjny. Powiedzmy sobie szczerze - w dzisiejszych czasach niechętnie sięgamy po książki dotyczące przeszłości, więc nawet takie drobne spotkanie z historią w formie rozrywki jest dla nas pouczające i dostarcza nam cennych wiadomości. Dlatego też podziwiam Philippę Gregory za to, że potrafiła znaleźć sposób, aby swoją miłością do historii zarazić rzesze czytelników. Ja na pewno zaliczam się do tych zarażonych i z niecierpliwością czekam na kolejną okazję do przeczytania którejś pozycji należącej do cyklu Powieści Tudorowskich.

24 listopada 2012

A. Christie - Trzecia lokatorka

Źródło
Jeszcze nie tak dawno narzekałam na mój słodko-gorzki związek z audiobookami, a  tu proszę - motywacja do słuchania sama spada mi z nieba. W mojej wirtualnej biblioteczce pojawiła się pierwsza pozycja - Trzecia lokatorka autorstwa Agathy Christie. Doszłam do wniosku, że skoro już mam audiobooka, to wykrzesam też z siebie chęci i znajdę czas. I jaki efekt? O tym poniżej. :)

Trzecia lokatorka opowiada o osobliwym śledztwie, jakie przyszło przeprowadzić słynnemu Belgowi, Herculesowi Poirot. Otóż, pewnego dnia w mieszkaniu detektywa pojawia się młoda dama i prosi go o pomoc w bardzo dziwnej sprawie - chce ustalić, czy popełniła morderstwo, bo sama nie jest tego pewna. Nieustraszony mały Belg, sam niezmiernie zaintrygowany, bez chwili zwłoki przystępuje do pracy. A na dodatek, jego wierną pomocnicą staje się pani Ariadna Olivier, znana pisarka kryminałów.

Jeżeli chodzi o moje odczucia odnośnie samej historii, to nie będę oryginalna. Agatha Christie na zawsze pozostanie dla mnie Królową Kryminałów, a jej książki - najlepszą detektywistyczną rozrywką. Trzecia lokatorka również trzyma wysoki poziom. Zagadka intryguje od pierwszej strony, zwłaszcza, że jest nietuzinkowa. Kto bowiem prowadzi śledztwo w sprawie morderstwa, które być może w ogóle się nie wydarzyło? Pojawiają się też ciekawe wątki poboczne, związane z poszczególnymi bohaterami, co urozmaica fabułę i stwarza szeroki wachlarz hipotez dotyczących zbrodni. Mnogość bohaterów to kolejny atut. Dzięki temu, krąg podejrzanych jest szeroki, a śledztwo staje się bardziej skomplikowane. Jak zwykle, świetnie bawiłam się przy lekturze, próbując odgadnąć, kto zabił (być może i czy w ogóle?). No i oczywiście, nie mogę pominąć największej, w moim odczuciu, zalety, czyli obecności mojego ulubieńca, Herculesa Poirot. Christie stworzyła wspaniałą, barwną postać, dzięki której każda opowieść nabiera uroku. Niezwykły intelekt małego Belga nie raz wyprowadza czytelników na manowce, aby potem zgotować im iście zaskakujące zakończenie. A poza tym, detektyw ma specyficzną osobowość, która dodaje opowieściom Christie charakteru.

Od strony technicznej, muszę przyznać, że audiobook pozytywnie mnie zaskoczył. Pierwszą i główną zaletą był dla mnie przemyślany podział rozdziałów na dużą ilość krótkich, bo około 5-minutowych, fragmentów. Ułatwiło mi to słuchanie, zwłaszcza, że często włączam audiobooka tylko na chwilę, np. w czasie przerwy między zajęciami na uczelni. Drugim atutem jest opracowanie lektorskie. Książkę czytał Maciej Słota, aktor związany z krakowskim środowiskiem teatralnym. Świetnie poradził sobie z zadaniem, bardzo podobała mi się jego interpretacja, w której modulacją głosu zaznaczał wypowiedzi poszczególnych bohaterów. Nie miałam wątpliwości, kto wypowiada jaką kwestię. A na dodatek, dialogi były przepełnione emocjami, co spotęgowało pozytywne wrażenie odnośnie lektury. Jedynym, co trochę mnie irytowało, były wstawki naśladujące dźwięki wspomniane w treści, np. dzwoniący telefon lub skrzypiące drzwi. Były to pojedyncze sytuacje i dlatego według mnie brzmiały raczej śmiesznie, niż realistycznie. Ale poza tym drobnym niedociągnięciem, realizacja audiobooka stoi na bardzo wysokim poziomie i sprawia, że czas spędzony na słuchaniu jest bardzo przyjemny.

Kilka słów podsumowania na koniec. Sama historia przedstawiona w Trzeciej lokatorce zachwyci każdego wielbiciela klasycznych kryminałów oraz Agathy Christie. Zakręcona kryminalna intryga z zaskakującym zakończeniem to wspaniała lektura na jesienny wieczór. A jeżeli chodzi o moje odczucia dotyczące audiobooka, jako formy czytania, to jestem pozytywnie zaskoczona. To nie tylko urozmaicenie w stosunku do tradycyjnych książek, ale też wygodny sposób na to, aby nie rezygnować z lektury nawet wtedy, kiedy nie możemy fizycznie mieć jej w ręku. Tą przygodę z audiobookiem zaliczam zdecydowanie na plus i z chęcią sięgnę po kolejną płytę! :)

Za możliwość posłuchania audiobooka dziękuję portalowi Audeo.pl!


19 listopada 2012

Poniedziałkowy poranek...



Jak Wam mija poniedziałkowy poranek?
Mnie udało się spędzić kilka chwil z książką i pyszną herbatką. Ale niestety, jeszcze tylko kilka (kilkanaście?) stron i trzeba będzie zabrać się do konstruktywnych zajęć...



13 listopada 2012

Libstere Blog

Dzisiaj notka w zupełnie inny deseń, a mianowicie moja odpowiedź na nominację zaczarowanej, czyli:

Zasady zabawy:
Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za "dobrze wykonaną robotę". Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.
A więc, do dzieła!

  • Książka do której wracasz z uśmiechem na twarzy?
 Zdecydowanie Ania z Zielonego Wzgórza  lub kolejne tomy. Czasem otwieram je na chybił trafił i czytam jakiś fragment. Kiedyś (pewnie jak będę miała więcej czasu, a może dopiero z własną córką) zamierzam przeczytać całość jeszcze raz. :)
  •  Jakiego języka obcego się uczysz?
Obecnie uczę się angielskiego i hiszpańskiego, kiedyś uczyłam się też niemieckiego i trochę żałuję, że go porzuciłam...
  • Czy masz przyjaciółkę od serca?
Mam cztery przyjaciółki jeszcze z liceum, z którymi staram się spotykać tak często, jak się da. :)
  • Czy masz jakiegoś innego bloga?
Póki co, nie. Ale krąży mi po głowie pewien pomysł, może kiedyś go zrealizuję.
  • Co uważasz za swoją najgorszą cechę charakteru?
Chyba lenistwo. Często nie chce mi się czegoś zrobić (np. pójść na wykład), a potem jestem na siebie za to zła.
  • Jakiego rodzaju muzyki słuchasz?
Szczerze przyznam, że mało słucham muzyki. A jeżeli już, to nie jestem przywiązana do konkretnego gatunku. Moim ulubionym zespołem jest Linkin Park, a poza tym, słucham tego, co akurat wpadło mi w ucho w radiu czy telewizji.
  • Książka do której masz wielki sentyment?
I tu również Ania z Zielonego Wzgórza. Kojarzy mi się z nią wiele przyjemnych wspomnień z dzieciństwa, związanych z moimi Dziadkami, także jest ona na szczycie moich pozycji sentymentalnych. :)
  • Twój ulubiony kolor?
Niebieski, biały, czerwony.
  • Twoje ulubione zwierzę?
Szczerze mówiąc, chyba nie mam ulubionego zwierzęcia. Na potrzeby pytania mogę uznać, że jest to pies, bo mam takiego delikwenta w domu.
  • Czy lubisz się uczyć?
Lubię się uczyć języków oraz rzeczy przydatnych. ;)
  • Masz jakieś marzenia?
Mam wiele marzeń, ale skupiam się raczej na dążeniu do ich spełnienia, niż na mówieniu o nich. :)

Moje pytania:
  • Czy pamiętasz pierwszą przeczytaną przez siebie książkę? Jeśli tak, jaka to była książka?
  • Co porabiasz na co dzień?
  • Z kim najczęściej dyskutujesz o książkach?
  • Jakie są Twoje zainteresowania inne niż czytelnictwo i literatura?
  • Tradycyjna książka, audiobook, czy e-book?
  • Czy masz zwierzątko?
  • Kim chciałaś/-eś zostać w przyszłości, kiedy byłaś/-eś dzieckiem?
  • W jakim wieku nauczyłaś/-eś się czytać?
  • Czy masz ulubione zagraniczne blogi? Jak tak, to czego dotyczą?
  • Co spodziewasz się dostać od Mikołaja w tym roku? ;)
  • Co aktualnie czytasz i dlaczego? (Liczą się też książki "szkolne" ;) )
Do zabawy nominuję: Dosiaka, autorów bloga Ale książka!, Klaudynę, Natulę, Kamyka

Zapraszam do zabawy i powodzenia! :)

11 listopada 2012

C. R. Zafon - Więzień Nieba

Carlos Ruiz Zafon swoją światową sławę zawdzięcza głównie cyklowi Cmentarz Zapomnianych Książek. W jego ramach ukazały się dotychczas trzy pozycje: Cień Wiatru wydany w 2001 roku (polskie tłumaczenie - 2005), który rozpoczyna całą historię; Gra Anioła, opublikowana 7 lat później oraz najnowszy, bo z roku 2011, Więzień Nieba, będący swoistym pomostem pomiędzy dwoma poprzednimi książkami.

Tym razem akcja rozgrywa się w latach 50. XX wieku, tradycyjnie już - w Barcelonie. Daniel Sempere jest mężem i ojcem, jego życie kręci się wokół rodziny i pracy w księgarni. Wydawałoby się, że wszystkie cienie z przeszłości go opuściły, a mężczyzna cieszy się spokojem. Pozory jednak mylą - Daniel musi stawić czoła jeszcze jednej mrocznej tajemnicy, którą wyjawia mu przyjaciel, Fermin Romero de Torres. Wraz z jego słowami, mężczyźni cofają się do dramatycznych wydarzeń z czasów wojny. 

Jeszcze zanim sama miałam okazję przeczytać Więźnia Nieba, widziałam wiele recenzji. Większość z nich oceniała tytuł bez większego entuzjazmu, często zdarzało się, że czytelnicy uważali go za najsłabszą część cyklu. Na szczęście, nie zgadzam się z nimi. Może i rzeczywiście książka nie przebija rewelacyjnego Cienia Wiatru, ale  sama w sobie stanowi świetną, wciągającą historię, choć w trochę innym stylu, niż w poprzednich tomach serii. Dla mnie Zafon na zawsze pozostanie mistrzem prostoty - tak jak w książkach dla młodzieży, tak i tutaj widać, że potrafi stworzyć w miarę prosty wątek, który z czasem rozwija się, rozrasta w taki sposób, że czytelnik przez cały czas lektury jest trzymany w napięciu. Akcja jest dynamiczna, nie ma żadnych przestojów ani nudnych fragmentów. Historia po prostu się toczy, a przy okazji naprawdę nas porywa, zwłaszcza, jeżeli już przy poprzednich tomach zżyliśmy się z bohaterami. Podobał mi się pomysł opowiedzenia wydarzeń z przeszłości w  formie wspomnień Fermina. Taki zabieg sprawił, że fabuła tej części logicznie dopasowała się do tych fragmentów opowieści, które znaliśmy z wcześniejszych książek. Szkoda tylko, że autor wydał tą powieść dopiero teraz. Osobiście, nie mogłam się odnaleźć w chronologii. Być może to tylko wina faktu, że dwa poprzednie tomy czytałam kilka lat temu, niemniej jednak, mam wrażenie, że kolejność pojawiania się tytułów na rynku mogła być lepiej przemyślana.

Cenię sobie powieści Zafona za specyficzny, odrobinę magiczny klimat. Sama Barcelona jest przedstawiona tak, jakby była trochę nierealnym, wyjątkowym miejscem, jedynym, w którym mogłaby się wydarzyć taka historia. Plastyczne, sugestywne opisy sprawiają, że czytelnik od pierwszej strony jest w stanie po prostu wsiąknąć w opisany świat i żyje w nim aż do ostatniej kropki. Muszę przyznać, że dla mnie zawsze lektura którejś książki hiszpańskiego autora to ponowna mentalna podróż do magicznej Hiszpanii, która pochłania bez reszty moją wyobraźnię, ale i niesamowicie relaksuje. Plusem powieści są także elementy historyczno-fantastyczne. Może zdziwi Was to połączenie, ale ja tak je odebrałam. Mamy bowiem w opowieści wspomnienie o czasach generała Franco oraz politycznych nastrojach tamtych lat, ale także odnajdziemy elementy nierealne, związane z nadprzyrodzonymi mocami znanymi z Cienia Wiatru i Gry Anioła. Ta osobliwa mieszanka tematyczna, wraz z wątkami przygodowymi i obyczajowymi sprawia, że Więźnia Nieba czyta się naprawdę przyjemnie i błyskawicznie.

Zdecydowanie polecam tą pozycję. Spędziłam z nią wspaniały weekend w magicznej Barcelonie, a czas wypełniło mi śledzenie poczynań Daniela i Fermina. Myślę, że żadnemu wielbicielowi poprzednich części cyklu nie przyjdzie do głowy, żeby przejść obojętnie obok Więźnia Nieba. A tych, którzy w ogóle nie mieli do czynienia z najsłynniejszymi książkami hiszpańskiego autora, gorąco przekonuję, że naprawdę warto zagłębić się w historię związaną z Cmentarzem Zapomnianych Książek. Bo przecież w tej szarej codzienności każdemu przyda się odrobina magii.

8 listopada 2012

H. Mankell - Niespokojny człowiek

Rok 2007. Kurt Wallander jest blisko 60-letnim policjantem. Ciągle na służbie, ale to już nie to samo - nie kieruje głównymi śledztwami, zajmuje się pomniejszymi sprawami, a na dodatek problemy zdrowotne wpływają na coraz częstsze urlopy. Na szczęście, pocieszeniem starego komisarza jest jego córka, Linda, która nie tylko poszła w jego ślady, ale też sprawiła mu jeszcze jedną niespodziankę. Brzmi sielsko, ale Wallanderowi nie dany jest zupełny spokój. Tym razem musi stawić czoła tajemniczemu zniknięciu teścia Lindy, byłego szwedzkiego wojskowego, Hakana von Enkego. 

W taki właśnie sposób Henning Mankell postanowił przygotować nas na rozstanie z ulubionym bohaterem. Historię, którą opowiadał przez osiem tomów, zakończył wydanym w 2009 roku Niespokojnym człowiekiem. I choć zamyka się pewien cykl, to nie kończy się znajomość ze szwedzkim autorem, ma on bowiem w dorobku jeszcze co najmniej kilka książek, które zostały przetłumaczone na język polski. A najbardziej wytrwali fani samego komisarza mogą się pocieszyć, oglądając szereg ekranizacji powieści, zarówno w wydaniu szwedzkim, jak i brytyjskim.

Moje wrażenia dotyczące Niespokojnego człowieka okazały się ambiwalentne. Przede wszystkim dlatego, że chyba podświadomie spodziewałam się jakiegoś "WOW", którego, niestety, nie otrzymałam. Ogólnie rzecz biorąc, książka trzyma poziom. Zagadka kryminalna wciąga i po raz kolejny ukazuje kunszt autora w tworzeniu nieprzewidywalnych historii. A Wallander znów zadziwia swoją przenikliwością, odwagą oraz determinacją, cechującą nie tylko wieloletniego pracownika wydziału śledczego, ale przede wszystkim policjanta z powołania. Ciekawą odmianę stanowi również wątek obyczajowy -  poznajemy bowiem zupełnie inne oblicze głównego bohatera. Zastajemy go w nowej sytuacji życiowej, obserwujemy, jak radzi sobie z tymi aspektami swojej egzystencji, o których jak dotąd wiedzieliśmy bardzo mało. To nas wciąga w sposób zupełnie inny, niż tradycyjny kryminał. No i ostatnia ważna rzecz, czyli wrażenie przemijania. Spostrzegawczy zapewne zauważyli, że skok czasowy w fabule między dwoma ostatnimi tomami to ponad 10 lat. Mankellowi udało się wiarygodnie odnotować to w opowieści. Patrząc oczami Wallandera, widzimy, jak otaczający go do tej pory ludzie i rzeczywistość zmieniają się, stając się coraz bardziej obce. Dzięki takiemu zabiegowi nie tylko łatwiej nam uwierzyć w nową sylwetkę starszego o dekadę bohatera, ale również zrozumieć podejmowane przez niego decyzje.

Ten prawie perfekcyjny obrazek burzy jednak kilka niedociągnięć, które zmęczyły mnie podczas czytania. Przede wszystkim, miałam wrażenie, że ostatnia część cyklu zupełnie odbiega klimatem od części poprzednich. Może taki był zamysł autora, ale mi brakowało tej atmosfery prężnego policyjnego dochodzenia, która tak mi się podobała w poprzednich książkach. Jak dla mnie, Wallander stał się zbyt bierny i powolny. Przed chwilą zachwalałam wątek obyczajowy, ale w nim również odnalazłam drobny mankament. A mianowicie - poziom jego rozbudowania. Niby Niespokojny człowiek to powieść kryminalna, a równowaga między morderstwem, a życiem osobistym policjanta zachwiała się i przeważyła na tą drugą stronę. Szkoda, bo momentami czytelnik może się trochę znudzić, słysząc w kółko o psie lub cukrzycy Kurta. No i na koniec chyba najważniejszy zarzut - otóż zupełnie nie podobało mi się tło zagadki kryminalnej. Sama zbrodnia, jej motyw i wydarzenia z niej wynikające były ciekawe. Natomiast aspekt historyczny, dotyczący szwedzkiej marynarki wojennej zwyczajnie mnie znudził. Nagromadzenie polityczno-historycznych informacji powodowało przestoje w akcji, a na dodatek te fakty były podane w średnio interesujący sposób.

No cóż. Pozostaje mi tylko podsumować. Niespokojny człowiek to na pewno pozycja obowiązkowa dla wszystkich, którzy rozpoczęli znajomość z Kurtem Wallanderem. Jako zakończenie całości, oceniam ją przyzwoicie - najważniejsze wątki zostały zamknięte, a czytelnicy będą raczej usatysfakcjonowani, bo nie ma tu niedopowiedzeń, dowiedzą się wszystkiego, co chcą wiedzieć. Natomiast, w kontekście pojedynczej książki, nie jestem zachwycona. Historia straciła swój specyficzny charakter dynamicznego kryminału, kierując się bardziej w stronę opowieści obyczajowej z elementami sensacyjnymi. Jak mówiłam wcześniej - nie ma co spodziewać się "WOW". Ale myślę, że fani Wallandera docenią takie spokojne pożegnanie i nie zniechęcą się do innych tytułów autorstwa Henninga Mankella.

6 listopada 2012

Słów kilka o audiobookach

Źródło
Skąd u mnie na blogu notatka o audiobookach, z którymi nie mam za dużo do czynienia? Przede wszystkim po to, żeby podsumować trochę mój stosunek do tej formy "czytania". No i trochę usprawiedliwić się, dlaczego w sekcji Teraz słucham od kilku miesięcy ciągle wisi ten sam tytuł...

Nietrudno się domyślić, że nie jestem wielką fanką audiobooków. Mogłabym teraz wstawić kilkadziesiąt linijek hymnu pochwalnego dla literatury papierowej, ale tego nie zrobię, bo każdy mól książkowy i tak wie, co bym napisała. Cenię sobie obcowanie z tradycyjną książką - papierową, która ma swoją fakturę, zapach, ciężar (choć ten aspekt może najmniej lubię ;)). I jeżeli mam do wyboru założyć na uszy słuchawki, a wziąć do ręki tom, wybieram to drugie. Niemniej jednak, muszę przyznać, że zdarzają się sytuacje, kiedy po prostu nie da się czytać. Chociażby, kiedy w komunikacji jest wyjątkowy ścisk i walczę o życie, przyklejona do szyby albo kiedy wyciskam z siebie siódme poty w czasie biegania, czy na siłowni. Albo gdy przede mną długa podróż samochodem, a radio akurat nie działa. Wtedy bez cienia wątpliwości sięgam po audiobooka i jestem przynajmniej częściowo usatysfakcjonowana.

Czego słucham?
Tych książek, których zapewne nie uda mi się przeczytać. Tych, które chciałabym poznać, ale na liście zakupów/prezentów są na odległych pozycjach. Tych, które mają wyjątkowo dużą objętość.

Źródło


Stąd na mojej wyjątkowo krótkiej liście audiobookowych dokonań znalazły się jak dotąd:
  • Jeden dzień Davida Nichollsa - ten tytuł akurat wyłamuje się z konwencji, był moim pierwszym audiobookiem, dlatego wybrałam coś w miarę nowego i interesującego, żeby się za szybko nie zniechęcić;
  •  Królowe: Sześć żon Henryka VIII Davida Starkey'a - które ciągle są w trakcie słuchania, bo to wyjątkowo długa opowieść 
I już. ;)
Ubolewam bardzo, że w materii audiobookowej nie mam się czym pochwalić, ale wciąż mam cichą nadzieję, że to się zmieni.
Dla podbudowania motywacji mogę tylko dodać, że w planach mam Studium w szkarłacie A.C. Doyle'a. 

I cóż... Pozostaje mi zapytać, czy Wy lubicie audiobooki i kiedy znajdujecie czas na czytanie :) Czekam na odpowiedzi, które mnie natchną do słuchania i pozdrawiam ;)

30 października 2012

Mały stosik na długie jesienne (zimowe?) wieczory (17)

Zeszło mi się trochę od ostatniej publikacji notki stosikowej. Nadal czytam jeszcze książki, które pokazywałam Wam w lecie - bo cierpię okresowo na chroniczny brak czasu i z tego powodu nie raz lektura arcyciekawej książki przeciąga się w nieskończoność. Tak więc, z poprzednich zbiorów czeka jeszcze na mnie Więzień Nieba Zafona i Władca Barcelony II Llorensa. Już niedługo się za nie zabiorę.

A teraz główny bohater dzisiejszego dnia, czyli mały stosik, który ma mi osłodzić nadchodzące długie, ciemne, zimne wieczory. W sumie takie byle co za oknem, nie wiadomo, czy to już zima, czy jeszcze nie. Tak czy siak, mój plan na najbliższe miesiące jest prosty - zamierzam hibernować w domu pod kocykiem i z herbatą, no i z dobrą książką pod ręką. Oby do wiosny przetrwać. ;)



Jak widać, pozycji tylko cztery, ale za to tytuły bardzo przeze mnie wyczekane.
  • Kochanek dziewicy, P. Gregory - prezent imieninowy od przyszłej Teściowej. Mam na nią ogromnego smaka, zwłaszcza po niedawnej lekturze Wiecznej księżniczki :)
  • Walka kotów E. Mendoza - nagroda od wydawnictwa Znak za najlepszą recenzję miesiąca z września 2012. Nie miałam wcześniej do czynienia z książkami tego autora, ale opis brzmi obiecująco. Świeży nabytek, dziś odebrany z poczty ;)
  • Niespokojny człowiek H. Mankell - pożyczona od Narzeczonego i już w czytaniu - nie mogłam się oprzeć i doczekać tej chwili, kiedy poznam zakończenie losów Wallandera. Wkrótce pewnie będę mogła zrecenzować.
  • If you could see me now C. Ahern - spontaniczny zakup. Wygrzebana w lokalnym secondhandzie, w języku angielskim. Skusiło mnie przede wszystkim nazwisko autorki, bo na mojej liście "must-read" widnieje kilka innych jej utworów.
 Osobiście, już nie mogę się doczekać tych wolnych chwil, kiedy będę mogła zabrać się za czytanie. A Was zapraszam do śledzenia recenzji na blogu i na Facebookowej stronie. :)

Pozdrawiam ciepło!

24 października 2012

L. Lokko - Pamiętne lato

Lesley Lokko to brytyjska pisarka o afrykańskich korzeniach. Jest autorką książek obyczajowych, skupiających się na współczesnych problemach życia społecznego i relacji międzyludzkich. W swoim dorobku ma już pięć powieści, ale ja jak dotąd miałam okazję przeczytać tylko cztery. Najpopularniejszym tytułem jest chyba Gorzka czekolada, która dopiero czeka, aż złapię ją w swoje ręce. ;)

Pamiętne lato to najnowsza książka autorki, wydana w 2010 roku. Opowiada historię długo skrywanego, rodzinnego sekretu. Rafe, Aaron i Josh Keelerowie są braćmi. Wychowywani pod jednym dachem, przez tych samych, kochających rodziców, wyrośli na zupełnie różnych mężczyzn. Narastające między nimi nieporozumienia sprawiły, że jako dorośli ludzie, dwaj starsi bracia czują urazę do młodszego. Na dodatek, wszystkie problemy wydają się być spowodowane sekretem, który skrywa matka - Diana.

Zawsze podobały mi się książki Lokko, ale tym razem mam mieszane uczucia. Niby moje ogólne wrażenie jest takie, że czytało mi się miło i przyjemnie, ale pojawiły się pewne zgrzyty, które nawet po skończeniu lektury pozostały mi w pamięci. Zanim o nich opowiem, to może najpierw wspomnę o plusach tej lektury.

Pamiętne lato to powieść lekka, przyjemna i wciągająca. Fabuła jest zgrabnie upleciona z kilku różnych wątków, których głównym tematem jest życie w związku lub życie rodzinne. Można by bez skuchy powiedzieć, że to takie babskie czytadło z pogranicza romansu i obyczajówki. Czytając, możemy odnieść wrażenie, jakby przedstawiona nam historia była sagą - opowiada bowiem o losach członków jednej rodziny na przestrzeni dosyć długiego czasu. Mnogość i różnorodność bohaterów sprawia, że praktycznie każdy czytelnik ma szansę któregoś z nich polubić i utożsamić się z nim, a co za tym idzie - wsiąknąć w wydarzenia przedstawione w książce. I tu trzeba również przyznać, że opowieści nie brakuje dynamizmu, nie ma dłużyzn i przestojów i dzięki temu, naprawdę trudno się od niej oderwać. Ogólnie, moje wrażenie jest takie, że ta książka idealnie nadaje się na niewymagający przerywnik od trudów i pośpiechu codzienności.

Niestety, jak już wspomniałam, dwa drobne niedociągnięcia ze strony autorki sprawiły, że w mojej głowie pojawił się zgrzyt. Przede wszystkim - brak realizmu. A przejawiał się on głównie w zachowaniu bohaterów. W książce jest poruszonych kilka trudnych kwestii, takich jak śmierć, choroba, czy zdrada. Są one dla bohaterów bardzo ważne, mają znaczenie przełomowe dla ich życia, natomiast, konsekwentnie, każdy z nich przechodzi nad tymi wydarzeniami do porządku dziennego, nie zastanawiając się nad nimi zbytnio ani nie roztrząsając ich. Dziwne i mało prawdopodobne. Zwłaszcza, że na jednym z takich wydarzeń autorka oparła całą intrygę. I w sumie wyszło na to, że na zakończenie, kiedy to zostaje ujawniony wielki sekret, wszyscy zainteresowani mówią: "Aha" i ruszają ze swoim życiem dalej. Drugą sprawą, która zwróciła moją uwagę, był długaśny wstęp. Zanim rzeczywiście dotrzemy do wydarzeń właściwych, będziemy trochę skołowani, zwłaszcza, jeśli nie przeczytamy opisu na okładce. Bohaterowie, którzy wydawali nam się w opowieści najważniejsi i którzy zostają nam przedstawieni w pierwszej kolejności, okażą się ważnym, ale jedynie dodatkiem. Stąd moja myśl, że autorka chyba zaczęła pisać książkę bez konkretnego pomysłu, na który wpadła dopiero po jakimś czasie. Niby nie jest to jakaś duża zbrodnia, ale ja odniosłam wrażenie, że historia nie jest do końca spójna.

Podsumowując - szczerze polecam Pamiętne lato, ale raczej osobom, które poszukują lektury lekkiej, niezbyt ambitnej, ładnej, czyli pełnej opisów bogactwa i urody, opartych na plastycznym języku. Jeżeli przymkniemy oko na brak realizmu, to historia okaże się wciągająca i przyjemna. Tak jak mówiłam - idealna na kilka jesiennych wieczorów w ramach oderwania się od codziennych kłopotów.

20 października 2012

H. Mankell - Zapora


No cóż... Nieubłaganie zbliżam się do końca mojej czytelniczej przygody z kryminałami Henninga Mankella, szwedzkiego pisarza, który stworzył cykl powieści o perypetiach Kurta Wallandera. Smutno mi i żal rozstawać się z tą serią, bo naprawdę przypadła mi do gustu, co zresztą na pewno już wiecie z poprzednich recenzji. Niestety - czasu nie da się zatrzymać, a z każdą kolejną książką, moja ciekawość, dotycząca zakończenia cyklu, rośnie i rośnie. Stwierdziłam więc, że nie będę się przed nią bronić i sięgnęłam po ósmy, przedostatni tom serii, czyli po Zaporę.

Przed nami jesień 1998 roku. Policją z Ystadu wstrząsa brutalne pobicie taksówkarza, którego sprawczyniami okazują się dwie nastolatki. Wkrótce ofiara umiera, więc dochodzenie przeradza się w śledztwo w sprawie brutalnego morderstwa. Kurt musi stawić czoła nie tylko mnożącym się znakom zapytania i kolejnym nieprzewidzianym wypadkom, ale także swojemu własnemu nastawieniu do pracy i do życia.

Lektura Zapory była dla mnie ogromną przyjemnością. Przyzwyczajona do naprawdę wciągającej i momentami zupełnie zaskakującej fabuły, i tym razem nie rozczarowałam się. Wydawałoby się, że to tylko kolejne śledztwo widziane oczami policjantów - nużące dokopywanie się do coraz to nowych elementów prawdy, krok po kroku, bez spektakularnych odkryć, bez akcji. Otóż, nic bardziej mylnego. Mimo, że rzeczywiście poznajemy poczynania śledczych z komendy w Ystadzie, to trzeba przyznać, że na pewno dynamizmu i akcji tu nie brakuje. Trup ściele się gęsto, co dodatkowo podkręca atmosferę i wprowadza uczucie wiecznego pośpiechu. Autor postarał się o mnogość wątków, więc tym trudniej zorientować się, co rzeczywiście się wydarzyło. Co więcej, wprowadzono do fabuły element nowatorski (jak na czasy, w których książka została wydana - 1998 rok) - cyberterroryzm. Okazało się to strzałem w dziesiątkę i wniosło do historii powiew świeżości, bo jak dotąd, wszystkie śledztwa dotyczyły tradycyjnych, że tak powiem, zbrodni.

Trzeba Mankellowi oddać, że w Zaporze zadbał o to, żeby historia Wallandera, która ciągnie się przecież już przez kilka tomów, wydała się czytelnikowi realistyczna. Z jednej strony, kazał swoim bohaterom pójść z duchem czasu i wprowadzić zmiany, ale z drugiej - podkreślił, że nie każdy umie się odnaleźć w otoczeniu nowych technologii i innowacji. Wynika to z faktu, że czas przemija, a ludzie się starzeją i niestety, nie omija to nawet komisarza Wallandera. Mężczyzna coraz częściej zastanawia się nad swoją przyszłością, nad tym, jak długo jeszcze pociągnie jako policjant. Szczerze przyznam, że prawie namacalnie odczuwałam jego zmęczenie sprawą oraz jego chęć odnalezienia wreszcie spokoju w domku pod Ystadem.

Ogromny plus należy się szwedzkiemu pisarzowi także za to, że nareszcie zburzył idealny obraz środowiska policyjnego, jaki do tej pory konsekwentnie przedstawiał w swoich powieściach. Nie będę wnikać w szczegóły, żeby nie popsuć Wam czytania, ale generalnie, na komendzie zaczęło się dziać. A, jak wiadomo, relacje międzyludzkie mogą być równie ciekawe, jak same kryminalne zagadki. Podobał mi się fakt, że wątek osobisto-służbowy uzupełniał główną linię fabularną powieści, bo przede wszystkim, urozmaicał historię, ale też sam w sobie nadawał jej realizmu.

Tytułem podsumowania - Zapora zapowiada rychły schyłek serii powieści o Kurcie Wallanderze. Mimo, że akcja wciąż nas zaskakuje, kryminalne zagadki są oryginalne, a komisarz z Ystadu nadal jest "na chodzie" i nie traci swojego profesjonalizmu, to każdy czytelnik odniesie wrażenie, że autor powoli przygotowuje go na pożegnanie. Z jednej strony - szkoda. Ale z drugiej, ogromne brawa za to, że Mankell postarał się, aby wszystko wyglądało realistycznie, żeby aż do samego końca wzbudzało w nas emocje i pozostawiło niedosyt. Gorąco polecam tą powieść, jak każdą poprzednią, choć pewnie miłośnikom serii wcale nie trzeba tego mówić. ;)

8 października 2012

K. Blixen - Pożegnanie z Afryką

Kolejny rok akademicki właśnie się rozpoczął i mimo, że cieszę się na niego, to niestety odczułam już związany z zajęciami brak czasu na czytanie. Pechowo, na ten gorący okres przypadła mi lektura Pożegnania z Afryką. Dlaczego pechowo - o tym za chwilę. Najpierw kilka słów o samej autorce powieści.

Karen Blixen, baronowa duńskiego pochodzenia, część swojego życia spędziła na plantacji kawy w Kenii. Trafiła tam po ślubie i wraz z mężem prowadziła farmę. Swoje obserwacje i doświadczenia z tego okresu spisała w formie wspomnień, które, opublikowane w 1937 roku, przyniosły jej prawdziwą sławę w świecie literatury. Jednocześnie, były jej wielkim debiutem pisarskim - dopiero po ich wydaniu, czytelnicy zainteresowali się zbiorem opowiastek, które ujrzały światło dzienne już w 1934 roku. Poza Pożegnaniem z Afryką, Blixen napisała jeszcze siedem książek, a dwie z nich również zostały przeniesione na srebrny ekran.

Książka jest luźnym zbiorem krótkich historyjek, anegdotek i opisów, dzięki którym czytelnicy mogą zobaczyć Afrykę oczami europejskich kolonistów. Autorka zaprasza nas do swojego domu, opowiada nie tylko o trudach utrzymania plantacji, ale także o barwnej kulturze tubylców oraz ich relacjach z Europejczykami oraz o tym, jak piękna, ale jednocześnie groźna potrafi być nieujarzmiona afrykańska przyroda.

Napisałam, że lektura tej pozycji pechowo przypadła mi na początek października. Pechowo - bo ogólnie, książka jest bardzo ciekawa i z każdą stroną uczy czytelnika czegoś nowego o nieznanym mu świecie. Jednak brak zwartej fabuły i forma krótkich historyjek sprawiały, że ciężko było mi się w nią wgryźć. Kiedy już zasiadłam do czytania, strony uciekały mi bardzo szybko, ale wielokrotnie zdarzało się, że wolny czas poświęcałam na coś innego, niż czytanie, bo opowiastki pani Blixen nie przykuły mojej uwagi w aż tak dużym stopniu i nie wzbudziły we mnie chęci połknięcia książki na raz.

Muszę jednak przyznać, że Pożegnanie z Afryką to pozycja napisana z polotem. Autorka operuje plastycznym językiem, dzięki czemu nasza wyobraźnia pracuje na najwyższych obrotach, podsuwając nam egzotyczne obrazy dzikiego Czarnego Lądu. Nie raz zdarzało się, że czułam gorące afrykańskie powietrze (a przecież mamy już koniec lata), nie raz razem z autorką patrzyłam na wyniosłe góry Ngong i wielokrotnie wieczorną ciemność rozjaśniał mi blask ogniska Kikujusów. Ten aspekt książki był dla mnie ogromną zaletą, bo dzięki niemu miałam przynajmniej namiastkę podróży do Kenii.

Ciekawą kwestią poruszoną przez Blixen były relacje pomiędzy ciemnoskórymi tubylcami, a europejskimi kolonistami. Akcja opowieści rozgrywa się bowiem przed II wojną światową. Jesteśmy więc świadkami sytuacji, w których Afrykańczycy byli traktowani, jako rasa gorsza, przeznaczona do służenia "białym". I, niestety, również w domu duńskiej baronowej, Kikujusi pełnili rolę służby. Jednak, zanim zupełnie potępimy pisarkę, musimy wziąć pod uwagę okoliczności łagodzące - a mianowicie, że była ona dla swoich pracowników "ludzkim panem". Dzięki jej otwartości i wrażliwości, rdzenni Kenijczcy dopuścili ją do swoich sekretów, a  my, z kart jej książki, możemy dowiedzieć się, jak wyglądało ich codzienne życie, jakie mieli zwyczaje, wierzenia i co uważali za słuszne.

Pożegnanie z Afryką to książka oryginalna. Przekazuje czytelnikowi wspaniałą wiedzę o innej kulturze i o innej przyrodzie. Pewnie nie każdego stać na to, żeby wyjechać do Afryki i zobaczyć wszystkie jej cuda na własne oczy. A ta książka sprawia, że siedząc we własnym domu, w wygodnym fotelu, możemy się przenieść na Czarny Ląd i poczuć chociaż odrobinę jego magii. Faktem jest, że w książkę trzeba się wczuć i że nie każdy od razu da się porwać afrykańskim opowiastkom. Ale i tak polecam ten tytuł, i to nie tylko entuzjastom podróży.

25 września 2012

L. M. Montgomery - Błękitny Zamek

Z Lucy Maud Montgomery znamy się jak łyse konie. Jej nazwisko przewijało się przez całe moje dzieciństwo, bo od momentu, kiedy Dziadek podsunął mi pierwszy tom Ani z Zielonego Wzgórza, pokochałam jej książki z całego serca. Kanadyjka tworzyła na początku XX wieku, a do dziś jej powieści zachowują świeżość przesłania i wciągają miliony czytelniczek na całym świecie. Dlatego też, kiedy w wakacje na jednym z czytelniczych blogów pojawiła się recenzja Błękitnego Zamku, z radością przypomniałam sobie o Montgomery i z chęcią sięgnęłam do maminej biblioteczki po tą pozycję.

Bohaterką tej krótkiej powieści jest Joanna Stirling (moja wersja to stare wydanie, dlatego imiona bohaterów mogą się różnić), 29-letnia stara panna. Do tego, niezbyt szczęśliwa. Jej rodzina lekceważy ją i poniża, a na dodatek ogranicza niezliczonymi konwenansami. Sytuacja zmienia się pewnego dnia, kiedy Joanna, dręczona dolegliwościami fizycznymi, w tajemnicy przed wszystkimi udaje się do lekarza. Dowiaduje się, że jej choroba jest śmiertelna i że został jej co najwyżej rok życia. W tej chwili coś pęka w młodej kobiecie, która postanawia pozostający jej czas przeżyć z podniesionym czołem i zgodnie z własnymi pragnieniami.

W odróżnieniu od Ani z Zielonego Wzgórza, czy Emilki ze Srebrnego Nowiu, Błękitny Zamek jest raczej pozycją przeznaczoną dla nieco starszych czytelniczek. A to dlatego, że jednowątkowa fabuła jest opowiedziana z perspektywy głównej bohaterki, a więc na pierwszy plan wysuwają się jej zmartwienia i odczucia. Nietrudno więc się zorientować, że łatwiej, niż małym dziewczynkom, będzie utożsamić się z Joasią młodym kobietom. Samą historię przedstawioną w powieści można zaliczyć do gatunku romansu. Jest ona raczej tkliwa, przewidywalna i prosta. Ale jednocześnie, ma w sobie ten element, który sprawia, że losy bohaterki poruszają serca czytelniczek i nie pozwalają ani na moment porzucić lektury. Zawsze się śmiałam, że Montgomery pisze "ku pokrzepieniu serc" dziewczęcych. Bo przecież każda jej książka udowadnia, że niezależnie od tego, jak bardzo, roztrzepaną, biedną, czy niedocenianą osobą się jest, zawsze ma się szanse na piękną miłość i prawdziwe szczęście. Podobnie jest i tutaj. Gdy zamknęłam Błękitny Zamek po skończonej lekturze, w moim sercu zagościło uczucie optymizmu i radości. Uważam więc, że dla tak pozytywnych emocji, można przymknąć oko na prostotę opowieści.

Ogromnym plusem książki są fragmenty, w których opisane zostało piękno przyrody. Autorka używa niezwykle barwnego, obrazowego języka, konstruując w wyobraźni czytelnika wizje nie tylko cudowne, ale także prawdziwe. Opisy te idealnie komponują się z akcją powieści, nie wprowadzają przestojów, ale wręcz tworzą magiczny klimat, idealne tło dla losów bohaterki. Szczerze przyznam, że po przeczytaniu tych fragmentów książki, miałam nieodpartą chęć wybrać się na spacer i osobiście poczuć to naturalne piękno świata.

Błękitny Zamek to naprawdę pozytywna lektura. Nie tylko wzbudza w czytelniku optymizm i nadzieję, ale także zachwyca opisami przyrody. Nie zaliczyłabym jej do literatury ambitnej, choć można doszukać się w niej głębszego znaczenia, ale i tak, uważam, że to wartościowa powieść. Przede wszystkim dlatego, że potrafi poprawić humor i zmusić do przychylnego patrzenia na świat. Polecam wszystkim miłośniczkom Montgomery i tym czytelniczkom, które potrzebują pokrzepienia. ;)

24 września 2012

S. M. Kidd - Sekretne życie pszczół

Sue Monk Kidd to amerykańska pisarka, która debiutowała w 1988 roku. Na początku swojej kariery pisała książki o zupełnie niepopularnej dzisiaj tematyce - religijnej, światopoglądowej. Jednak szerszą sławę zdobyła dopiero w 2002 roku, kiedy opublikowano Sekretne życie pszczół - opowieść, która zyskała tak wielki poklask wśród odbiorców, że na jej podstawie napisano scenariusz przedstawienia teatralnego, a potem filmu.

Akcja książki rozgrywa się w małym miasteczku w Karolinie Południowej, w latach 50. XX wieku. Lily Owens mieszka na farmie wraz z ojcem T. Ray'em i czarnoskórą nianią, Rosaleen. Dziewczynka, targana niepokojami dojrzewania, nie otrzymuje od despotycznego rodzica ani krzty miłości, a na dodatek tęskni za zmarłą matką. Pewnego dnia, Rosaleen wpada w kłopoty, związane z uprzedzeniami rasowymi mieszkańców miasteczka i trafia do więzienia. Lily, która w domu czuje się niekochana i niepotrzebna, postanawia pomóc swojej niani i wraz z nią uciec, podążając śladami zmarłej matki.

Jak można wywnioskować z opisu fabuły, książka zalicza się do gatunku typowo obyczajowego. Jednak autorka nie porzuciła zupełnie bliskiej sobie tematyki światopoglądowej i w tej pozornie prostej historii, przemyciła głębsze treści, które zmuszają czytelnika do przemyśleń. Opowieść o losach Lily jest prosta, porusza właściwie tylko jeden problem - brak rodzicielskiej miłości wobec dziecka i usilne starania tego dziecka o odzyskanie jej. Łatwo więc można się domyślić, że lektura jest pełna emocji. Ale, wbrew pozorom, nie tych negatywnych, a pozytywnych. Autorka naładowała opowieść ogromnymi pokładami ciepła i optymizmu, a także miłości. Tak więc, nie sposób przerwać czytania, kiedy już raz wsiąknie się w ten piękny, dobry, pachnący i wręcz płynący miodem świat pełen wspaniałych ludzi. Na dodatek, wydarzenia w fabule łatwo przykuwają uwagę. Jeśli tylko uda nam się polubić małą Lily, to na pewno będziemy chcieli wiedzieć, jak potoczyło się dalej jej życie. Akcja nie jest może bardzo dynamiczna, ale też nie ma w książce nudnych przestojów.

Dodatkowym plusem powieści jest wpleciony w jej treść problem dyskryminacji rasowej, który we wspomnianym czasie był w USA jednym z najbardziej palących. Czytelnik może poznać kwestię z dwóch stron, w książce mamy bowiem zarówno czarnoskórych, jak i białych bohaterów. Kidd postanowiła zadać kłam opinii, jakoby Afroamerykanie byli podludźmi, stworzonymi do służenia białym i nie posiadającymi uczuć. Przedstawicielki tej rasy w Sekretnym życiu pszczół to zupełne przeciwieństwo tego wyobrażenia - to właśnie one budują ten ciepły, dobry klimat powieści i uleczają smutną duszę Lily. Poza tym, sama kwestia uświadamia nam, jak wyglądało życie społeczne, w którym "biali" i "czarni" musieli koegzystować, do jak chorych sytuacji to prowadziło i jak dramatyczne mogło mieć skutki. Choć w książce problem został zaledwie zasygnalizowany, to uważam, że da do myślenia niejednej osobie.

Sekretne życie pszczół to prawdziwie pozytywna, rozgrzewająca od środka powieść. Uczy czytelników nie tylko o uczuciach, ale też o szacunku do drugiego człowieka, który może dać tak wiele szczęścia. Szczerze przyznam, że gdy dotarłam do końca historii, było mi żal, że autorka nie pokusiła się o napisanie jeszcze kilkuset stron i nie pozwoliła mi jeszcze na trochę zostać w tym dobrym i ciepłym zakątku, na farmie w Karolinie Południowej. Z drugiej strony, zmusiła mnie do przemyśleń, więc siłą rzeczy, nie tak szybko opuściłam Lily i jej przyjaciół. Gorąco polecam tą książkę, zwłaszcza tym, których nadchodząca jesienna aura przytłacza i zasmuca.

19 września 2012

M. Vargas Llosa - Ciotka Julia i skryba

Po raz trzeci spotkałam się z twórczością peruwiańskiego Noblisty, Mario Vargasa Llosy. Mimo, że od dnia przyznania mu nagrody minęły już dwa lata, wznowienia jego powieści nadal są chętnie kupowane i czytane przez Polaków. Także ostatnia opublikowana książka tego autora, Marzenie Celta, ciągle znajduje się w czołówkach list bestsellerów. O popularności pisarza może także świadczyć fakt, że trzy z jego powieści zostały przeniesione na kinowy ekran. Tak przytłaczające dowody na wielkość pisarza, a także moje wcześniejsze udane spotkania z jego twórczością, zachęciły mnie do sięgnięcia po kolejną książkę z jego dorobku.

Ciotka Julia i skryba po raz pierwszy ukazała się w 1977 roku. Jej akcja prawdopodobnie osadzona jest w tamtym okresie i rozgrywa się w większości w stolicy Peru, Limie. Główny bohater, Mario, zwany też Varguitasem, przeżywa młodzieńcze zauroczenie starszą od siebie, rozwiedzioną ciotką Julią, która zupełnie przypadkowo pojawia się w jego życiu. Jednocześnie, młodzieniec dąży do tego, aby zostać pisarzem. Niedościgłym wzorem i inspiracją staje się dla niego Pedro Camacho - tytułowy skryba, boliwijski pisarz opowieści radiowych, które zyskują niesamowitą popularność wśród słuchaczy.

Niestety. Tym razem jestem książką Vargasa Llosy trochę rozczarowana. Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki urzekły mnie w stu procentach, Pochwała macochy przynajmniej wzbudziła we mnie jakieś uczucia (mimo, że sprzeczne). Tymczasem, Ciotka Julia i skryba okazała się zwyczajnie... nijaka. Przede wszystkim z powodu fabuły. Jest ona podzielona na dwie części - historia romansu Varguitasa i ciotki Julii jest przeplatana krótkimi opowiadaniami autorstwa Pedra Camacho. I, szczerze mówiąc, od początku bardziej wciągnęły mnie fantastyczne historyjki wymyślane przez skrybę, niż główny wątek powieści. Związkowi dwójki zakochanych brakuje dynamiki, a na dodatek autor odarł go ze wszystkich elementów, które są obowiązkowe w dobrych historiach miłosnych. Owszem, Varguitas jest ślepo zakochany w swojej wybrance, ale mi jego uczucie wydało się raczej komiczne, niż piękne. Być może taki był zamysł, ale ja nie jestem przekonana. Wydarzenia są monotonne, a bohaterowie wydają się jednowymiarowi. Trzeba zauważyć, że Varguitas prezentuje się korzystnie na tle reszty i nawet poczułam do niego sympatię, ale to i tak nie uratowało opowieści. Ostatecznie, całą lekturę położyło zakończenie. Wygląda to tak, jakby peruwiańskiemu pisarzowi zabrakło pomysłu, jak ten wątek zakończyć. A przecież to wątek główny, najważniejszy, który "robi" całą książkę..!

Jak już wspomniałam, ubawiły mnie za to radiowe opowieści Pedra Camacho. Trzeba przyznać, że Vargas Llosa wykazał się nie lada fantazją wymyślając tak różnorodne, czasem zupełnie nieprawdopodobne sytuacje. Szczerze mówiąc, żałowałam, że są one tylko przerywnikiem dla głównego wątku, bo praktycznie każda z nich wciągała mnie, pobudzała moją ciekawość i wyobraźnię, a potem nagle kończyła się, nie ujawniając swojego finału... Nawet pod koniec książki, kiedy te historyjki przechodzą swego rodzaju metamorfozę, doceniałam przewrotność i poczucie humoru peruwiańskiego pisarza, który popuścił już zupełnie wodze swojej twórczej wyobraźni. Ze zdziwieniem zaznaczam, że to chyba pierwszy raz, kiedy spodobały mi się jakiekolwiek opowiadania!

Podsumowując - Ciotka Julia i skryba to jak dotąd najsłabsza książka Mario Vargasa Llosy, jaką czytałam. Nie wciąga za bardzo, zdarzają się przestoje i nudniejsze momenty, a sam romans nie wzbudził we mnie żadnych emocji. Jedynym pozytywnym aspektem książki są opowieści radiowe, ale one same to trochę za mało... Mimo wszystko, mając w pamięci pozytywne odczucia związane z lekturą innych, wspomnianych przeze mnie wyżej tytułów peruwiańskiego Noblisty, nie rezygnuję zupełnie z dalszego poznawania jego twórczości. Tymczasem, polecam raczej inne pozycje z jego dorobku, niż powyższą.