Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura kanadyjska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura kanadyjska. Pokaż wszystkie posty

Co czytałam, jak nie czytałam?

Trochę mnie tu nie było. Oddawałam się w tym czasie szkole (znów! I to już ostatni raz, naprawdę!) i pracy (przynajmniej owocnie).

Ale to nie do końca tak, że nie czytałam... Takie małe oszustwo. Czytałam, ale wolniej. Niestety nie miałam czasu, żeby recenzować wszystko na bieżąco, dlatego teraz chcę opublikować małe podsumowanie kilku ostatnich lektur. Zapraszam! :)

M. Jennings - Ostatnia noc jej życia

Źródło
Tytuł: Ostatnia noc jej życia
Tytuł oryginału: Except the Dying
Autor: Maureen Jennings
Wydawnictwo: Oficynka
Rok wydania: 2010

Po raz drugi już mam przyjemność zaczytywać się w powieści pióra Maureen Jennings z serii o detektywie Murdochu. Co prawda, przygody tego bostońskiego śledczego poznaję wbrew chronologii, ale nie zmienia to faktu, że z każdą kolejną książką wciągam się coraz bardziej, a kanadyjska pisarka coraz bardziej przekonuje mnie do swojej twórczości.

Ostatnia noc jej życia to pierwsza część jej najsłynniejszego cyklu. Bostońską społecznością wstrząsa bestialskie morderstwo dokonane w zimowy wieczór na nikomu nieznanej młodej dziewczynie. Znaki zapytania mnożą się z każdą godziną, a w sprawę jest zamieszana coraz większa liczba osób. Zagadkę próbuje rozwikłać młody komisarz Murdoch. Nie jest mu jednak łatwo, gdyż co krok trafia na kłamstwa i głęboko skrywane sekrety.  Wszyscy wydają się zamieszani w tą zbrodnię.

Pierwszy tom opowieści o perypetiach Murdocha zaskoczył mnie różnorodnością. Kiedy czytałam Spuśćmy psy, odniosłam wrażenie, że wszystkie tytuły z serii będą podobne - klimatyczne, napisane plastycznym językiem, ale skupiające się głównie na wątku kryminalnym. Jak się okazuje  autorka znalazła jednak w fabule miejsce na elementy pochodzące z innych gatunków, głównie literatury obyczajowej, takie jak rodzinne tragedie, homoseksualizm, czy życie towarzyskie biedoty. Sama zagadka kryminalna trochę mnie rozczarowała. Spodziewałam się innego rozwiązania, a to, które zaserwowała autorka zaskoczyło mnie, ale jakoś nie do końca przekonało. Dodatkowym urozmaiceniem jest historyczne tło wydarzeń. Opowieść jest osadzona w realiach XIX-wiecznym Toronto. Czytelnik poznaje więc wszystkie ciekawostki tamtej odległej epoki, a trzeba przyznać, że Jennings zadbała o szczegóły. Mnie osobiście najbardziej podobał się opis radiowozu policyjnego pędzącego przez miasto na sygnale. ;)

W Ostatniej nocy jej życia Jennings przedstawiła czytelnikom również cały kalejdoskop bohaterów. Prym wiedzie oczywiście Murdoch, trochę młodszy i jakby bardziej beztroski niż w Spuśćmy psy, ale tak samo bystry i... tak samo zawdzięczający sukces sprzyjającej fortunie. Oprócz niego, poznajemy też przedstawicieli zarówno klasy średniej, służby, jak i ulicznej biedoty. Wszystko to bardzo pobieżnie, ale przynajmniej w ciekawym nawiązaniu do głównego wątku. Trzeba również zauważyć, że każda postać jest charakterystyczna. Nawet drugoplanowy służący, czy sąsiad został obdarzony specyficznymi cechami, dodającymi mu realizmu. Autorka naprawdę wykończyła swoją powieść nawet w drobnych detalach.

Podsumowując: Ostatnia noc jej życia to dobry, klimatyczny kryminał w stylu retro. Bez pościgów i flaków wylewających się z każdej strony, ale za to z inteligentnym śledztwem i zaskakującym punktem kulminacyjnym. Jestem przekonana, że warto poznać cały cykl i sama z chęcią za jakiś czas do niego wrócę, tym razem może nawet zgodnie z linią fabularną. Tymczasem polecam ten tytuł wszystkim miłośnikom lekkich kryminałów.

M. Jennings - Spuśćmy psy

Tytuł: Spuśćmy psy
Autor: Maureen Jennings
Wydawnictwo: Oficynka
Rok wydania: 2012

O serii powieści kryminalnych o detektywie Murdochu słyszałam raz po raz już od jakiegoś czasu. Jak dotąd nie miałam jednak okazji zapoznać się z żadną częścią. Wiedziałam tylko, że jej twórczyni, kanadyjska pisarka Maureen Jennings zadebiutowała pierwszym tomem już w 1997 roku. Jedenaście lat później, zapewne za sprawą popularności książek, w kanadyjskiej telewizji pojawił się serial Murdoch Mysteries, oparty na prozie Jennings. Co ciekawe, jak dotąd wyprodukowano już sześć sezonów, a siódmy ma mieć premierę pod koniec września 2013. Cóż, przy takim obrocie spraw nie pozostawało mi nic innego, jak tylko sprawdzić, w czym tkwi sekret sukcesu detektywa Murdocha.

Spuśćmy psy to czwarty tom serii. Opowiada o, jak napisał wydawca, najtrudniejszym śledztwie Williama Murdocha. Dlaczego najtrudniejszym? Bo tym razem detektyw musi dowieść, że jego własny ojciec, Henry Murdoch, został niesłusznie skazany za morderstwo. Czas ucieka, a nad Harrym wisi widmo stryczka. Co gorsza, William nie wierzy w niewinność ojca, na jego osąd wpływają smutne wspomnienia z dzieciństwa. Czy będzie jednak potrafił obiektywnie spojrzeć na sprawę i rozwiązać zagadkę już raz osądzonego morderstwa?

Tego Wam nie powiem. Ale zachęcę do przeczytania książki i samodzielnego poznania odpowiedzi na to pytanie. Bo historia czwartego śledztwa Murdocha to dobry kryminał osadzony w historycznych realiach. Szczerze przyznam, że autorka ujęła mnie kilkoma zabiegami, które zastosowała w swojej książce. Po pierwsze, intryga została przedstawiona w klasyczny sposób. Nie znajdziemy w tej historii bójek, pościgów i strzelanin. Akcja płynie całkiem dynamicznie, choć opiera się głównie na rozmowach detektywa z innymi bohaterami i jego próbach dojścia prawdy. Murdoch podchodzi do swojego zadania z manierami dżentelmena i polega głównie na logicznym myśleniu. I choć jego dedukcji daleko do tej prezentowanej przez mistrzów Poirota i Holmesa, to i tak podobała mi się klasa, z jaką działał. Na dodatek, okazał się człowiekiem z krwi i kości, targanym namiętnościami i wątpliwościami, dzięki czemu wydawał się naprawdę autentyczny i... zwyczajnie, po ludzku sympatyczny. Mimo tego mam wrażenie, że autorka w tej części serii postawiła raczej na fart, niż na umiejętności głównego bohatera. Przez całą książkę zanosiło się na to, że zakończenie będzie zupełnie inne, niż można by się spodziewać i rzeczywiście tak było (a przynajmniej ja to tak odczytałam).

Drugim pozytywnym aspektem książki było tło wydarzeń. I nie chodzi mi tylko o fakt, że autorka przenosi nas w czasie do XIX wieku. Sporą rolę odgrywa także bardzo plastyczny opis małej wsi, położonej gdzieś w Kanadzie. Zimowa, mroczna aura, w połączeniu z ciemnością zalewającą po zmroku wiejskie bezdroża, tworzy specyficzną atmosferę tajemniczości, która jest przecież niezbędna w tym gatunku literackim. Bardzo szybko wczułam się w klimat powieści i myślę, że było to zasługą prostego, przyjemnego języka, którym operuje Jennings.

Moje ogólne wrażenia po lekturze książki Spuśćmy psy są jak najbardziej pozytywne. Zawsze szczerze przyznawałam, że jeśli kryminał rozgrywa się w przeszłości, a na dodatek trzyma w napięciu i kończy się zaskakująco, to jest to dla mnie wystarczający powód, żeby go przeczytać. Tak właśnie było w przypadku czwartej części przygód detektywa Murdocha, która okazała się lekką, wciągającą i przyjemną opowieścią. Polecam wszystkim miłośnikom kryminałów!

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Oficynka.

L. M. Montgomery - Błękitny Zamek

Z Lucy Maud Montgomery znamy się jak łyse konie. Jej nazwisko przewijało się przez całe moje dzieciństwo, bo od momentu, kiedy Dziadek podsunął mi pierwszy tom Ani z Zielonego Wzgórza, pokochałam jej książki z całego serca. Kanadyjka tworzyła na początku XX wieku, a do dziś jej powieści zachowują świeżość przesłania i wciągają miliony czytelniczek na całym świecie. Dlatego też, kiedy w wakacje na jednym z czytelniczych blogów pojawiła się recenzja Błękitnego Zamku, z radością przypomniałam sobie o Montgomery i z chęcią sięgnęłam do maminej biblioteczki po tą pozycję.

Bohaterką tej krótkiej powieści jest Joanna Stirling (moja wersja to stare wydanie, dlatego imiona bohaterów mogą się różnić), 29-letnia stara panna. Do tego, niezbyt szczęśliwa. Jej rodzina lekceważy ją i poniża, a na dodatek ogranicza niezliczonymi konwenansami. Sytuacja zmienia się pewnego dnia, kiedy Joanna, dręczona dolegliwościami fizycznymi, w tajemnicy przed wszystkimi udaje się do lekarza. Dowiaduje się, że jej choroba jest śmiertelna i że został jej co najwyżej rok życia. W tej chwili coś pęka w młodej kobiecie, która postanawia pozostający jej czas przeżyć z podniesionym czołem i zgodnie z własnymi pragnieniami.

W odróżnieniu od Ani z Zielonego Wzgórza, czy Emilki ze Srebrnego Nowiu, Błękitny Zamek jest raczej pozycją przeznaczoną dla nieco starszych czytelniczek. A to dlatego, że jednowątkowa fabuła jest opowiedziana z perspektywy głównej bohaterki, a więc na pierwszy plan wysuwają się jej zmartwienia i odczucia. Nietrudno więc się zorientować, że łatwiej, niż małym dziewczynkom, będzie utożsamić się z Joasią młodym kobietom. Samą historię przedstawioną w powieści można zaliczyć do gatunku romansu. Jest ona raczej tkliwa, przewidywalna i prosta. Ale jednocześnie, ma w sobie ten element, który sprawia, że losy bohaterki poruszają serca czytelniczek i nie pozwalają ani na moment porzucić lektury. Zawsze się śmiałam, że Montgomery pisze "ku pokrzepieniu serc" dziewczęcych. Bo przecież każda jej książka udowadnia, że niezależnie od tego, jak bardzo, roztrzepaną, biedną, czy niedocenianą osobą się jest, zawsze ma się szanse na piękną miłość i prawdziwe szczęście. Podobnie jest i tutaj. Gdy zamknęłam Błękitny Zamek po skończonej lekturze, w moim sercu zagościło uczucie optymizmu i radości. Uważam więc, że dla tak pozytywnych emocji, można przymknąć oko na prostotę opowieści.

Ogromnym plusem książki są fragmenty, w których opisane zostało piękno przyrody. Autorka używa niezwykle barwnego, obrazowego języka, konstruując w wyobraźni czytelnika wizje nie tylko cudowne, ale także prawdziwe. Opisy te idealnie komponują się z akcją powieści, nie wprowadzają przestojów, ale wręcz tworzą magiczny klimat, idealne tło dla losów bohaterki. Szczerze przyznam, że po przeczytaniu tych fragmentów książki, miałam nieodpartą chęć wybrać się na spacer i osobiście poczuć to naturalne piękno świata.

Błękitny Zamek to naprawdę pozytywna lektura. Nie tylko wzbudza w czytelniku optymizm i nadzieję, ale także zachwyca opisami przyrody. Nie zaliczyłabym jej do literatury ambitnej, choć można doszukać się w niej głębszego znaczenia, ale i tak, uważam, że to wartościowa powieść. Przede wszystkim dlatego, że potrafi poprawić humor i zmusić do przychylnego patrzenia na świat. Polecam wszystkim miłośniczkom Montgomery i tym czytelniczkom, które potrzebują pokrzepienia. ;)

S. Gruen - Woda dla słoni

Kolejna książka z urodzinowego stosiku została przeze mnie po prostu pochłonięta. Myślałam, że w ferworze pakowania nie będę miała czasu na zatapianie się w lekturze, ale... Zaczęłam czytać i magicznie, czas się znalazł. ;) Muszę przyznać, że mój Ukochany zdobył dla mnie naprawdę fajny prezent, a ja nie żałuję, że zapoznałam się z tą pozycją.

Dopiero za sprawą trailerów do filmu, nakręconego na podstawie tej powieści, usłyszałam o autorce, Sarze Gruen. Kanadyjka opublikowała już cztery książki, choć niezbyt znane w Polsce (a przynajmniej ja nigdy o nich nie słyszałam). We wszystkich ważną rolę odgrywają zwierzęta - tak samo, jak w życiu pisarki, która wspiera różnego rodzaju działalności charytatywne na rzecz fauny.

Woda dla słoni to historia Jacoba Jankowskiego, który po tragicznej śmierci rodziców, pod wpływem rozpaczy, porzuca studia weterynaryjne i zaciąga się do pracy w cyrku. Szybko zostaje doceniony za swoje wykształcenie i pod okiem tresera Augusta, roztacza opiekę nad cyrkową menażerią. Dzięki pracy, Jacob poznaje realia wędrownego życia, stara się uporać ze smutkiem i nawiązuje nowe przyjaźnie. Najważniejszą osobą w jego nowym otoczeniu staje się Marlena, treserka koni oraz... żona Augusta.

Na początku przyznam, że po książce spodziewałam się czegoś innego, niż dostałam. Patrząc na zapowiedzi filmu, dochodziłam do wniosku, że Woda dla słoni, to kolejny romans, tyle, że umiejscowiony w niecodziennych okolicznościach. Jakże się pomyliłam! Okazuje się bowiem, że wątek miłosny, choć odgrywa kluczową rolę, nie jest jedynym w tej powieści. Bardzo ważne okazują się również inne aspekty cyrkowego życia Jacoba - zarówno te związane ze sposobem prowadzenia egzystencji oraz współżycia z ludźmi, jak i te dotyczące traktowania zwierząt. Autorka opisuje cyrkową rzeczywistość z wprawą i niemałą wiedzą. Poznajemy nie tylko ciekawe sekrety, jakie kryją kolorowe brezenty namiotów, ale także niełatwą codzienność pracowników tego przybytku rozrywki. Okazuje się, że ci, z pozoru weseli, ludzie każdego dnia muszą dosłownie walczyć o swoje przetrwanie. W takiej trudnej rzeczywistości przychodzi właśnie odnaleźć się Jacobowi, do tej pory grzecznemu studentowi, niezbyt doświadczonemu przez życie. Chłopak musi zdecydować, jakim chce być człowiekiem i wytrwać w swoim postanowieniu.
Gruen w piękny sposób skupia uwagę czytelnika na kwestiach dotyczących traktowania zwierząt. Przytacza szereg przykładowych sytuacji, które pokazują, że te futrzaste istoty potrafią kochać, odczuwać radość, czy ból. Dodatkowo, są inteligentne, myślą logicznie i są w stanie wpływać na losy człowieka. Czytając, najbardziej polubiłam właśnie zwierzęcych bohaterów - słonicę Rosie, suczkę Królewnę i szympansa Bobo, który przywodził mi na myśl małe, spragnione miłości dziecko. Spodobały mi się również ciepłe uczucia, jakie Jacob żywił wobec swojej menażerii. Autorka zrobiła z niego wzór do naśladowania - wzór, w jaki sposób człowiek powinien odnosić się do zwierząt i nie być obojętny na ich cierpienie.
Mniej entuzjastycznie wypowiem się na temat wątku miłosnego. W moim odczuciu, był on po prostu nudnawy. Niby trudne okoliczności, które nie pozwalały bohaterom zbytnio zbliżyć się do siebie, niby szlachetne zachowanie obojga, które miało powstrzymać ich od zdrady... Ale jakoś tak, relacja Marleny i Jacoba stała w miejscu. Finał tej historii okazuje się zupełnie przypadkowy, zakończony jakby w pośpiechu, czego nie lubię w powieściach o miłości... Tak więc, ten aspekt Wody dla słoni zupełnie mi się nie podobał.
Cała powieść okazuje się być piękną, pełną przygód historią człowieka, szukającego swego miejsca na ziemi. Napisana prostym i przyjemnym językiem sprawia, że ciężko się od niej oderwać. Czytelnik chce wiedzieć więcej i więcej o tym, jak potoczą się losy młodego weterynarza.
Mogłabym napisać jeszcze drugie tyle o wszystkich wątkach, kwestiach, które mnie zaciekawiły i zauroczyły, ale... pozostawię Wam przyjemność odkrycia innych walorów Wody dla słoni. Nie sugerujcie się wątkiem miłosnym - to nie żadne romansidło. To po prostu piękna książka o niecodziennym życiu, o prawdziwych uczuciach i tym, co dla człowieka powinno być naprawdę ważne.