Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wygrany konkurs. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wygrany konkurs. Pokaż wszystkie posty

J. Picoult - Salem Falls [Czarownice z Salem Falls]

Różne niespodziewane przypadki powstrzymywały mnie ostatnio od czytania, ale w końcu udało mi się spędzić kilka przyjemnych chwil na lekturze. Tym razem relaksowałam się przy kolejnej powieści Jodi Picoult. Salem Falls została wydana w 2001 roku i jest ostatnią starszą książką tej autorki, którą przyszło mi czytać. Poza nią, zostały mi tylko trzy najnowsze pozycje z dorobku Amerykanki - Pół życia, Z innej bajki i nieprzetłumaczony jeszcze The Storyteller.

Tym razem Picoult opowiada nam historię intrygi, która zawładnęła miasteczkiem Salem Falls. Jego mieszkańcy nie mogą pogodzić się z faktem, że Jack, który dopiero co opuścił więzienie po odbyciu wyroku za gwałt na nieletniej, wybrał sobie akurat to miejsce na odbudowanie swojego życia. Mężczyzna stara się jednak nie wchodzić nikomu w drogę i mimo powszechnej nienawiści, zapracować na swoją pozycję w społeczeństwie. Jednak pewnej nocy, Jack zostaje oskarżony o zgwałcenie jednej z miejscowych nastolatek - Gillian. Koszmar niesprawiedliwych oszczerstw zaczyna się dla niego od nowa...

Książki Picoult niezmiennie wciągają mnie i zaskakują. Mimo, że przeczytałam ich już kilkanaście, wciąż nie mogę wyjść z podziwu dla lekkości pióra i pomysłowości autorki, ale także dla jej wnikliwej analizy ludzkich charakterów i struktur społecznych. Salem Falls jest pod tym względem jedną z ciekawszych oraz bardziej złożonych opowieści. Fabuła składa się bowiem z kilku wątków głównych i z mnóstwa pobocznych, o mniejszym znaczeniu, ale równie ciekawych. Na pierwszy plan wysuwają się losy Jacka oraz przebieg wydarzeń związanych z oskarżeniem go o gwałt. Jak zwykle Picoult stawia na dramatyczny przebieg procesu sądowego, w którym pojawiają się niespodziewane zwroty akcji, wpływające nie tylko na losy bohaterów, ale też skutecznie zbijające z tropu czytelników. Drugim ważnym elementem historii jest wątek miłosny pomiędzy Jackiem i Addie. Być może wiele osób zauważy, że nie jest on szczególnie rozbudowany, czy romantyczny, ale mi przypadł do gustu przede wszystkim ze względu na ciekawie przedstawioną kwestię wzajemnego zaufania w związku. No i oczywiście element trzeci, czyli sprawa tytułowych (przynajmniej wg tytułu polskiego ;) ) czarownic. Autorka podejmuje nie tylko kwestię psychiki nastoletnich dziewcząt, łatwo ulegających wpływom i poddających się manipulacjom, ale także pokazuje, jak niewinne, dziewczęce zabawy mogą stać się źródłem poważnych, dorosłych kłopotów. Dodam jeszcze, że ta fabularna mieszanka została ze smakiem doprawiona garścią ciekawych bohaterów o bardzo różnych, intrygujących osobowościach i o bardzo różnych życiowych historiach. I voila! Mamy wspaniałą, poruszającą i dającą do myślenia powieść, która pochłania czytelnika na długie godziny i dosłownie przenosi go w realia miasteczka Salem Falls.

Mimo, że lektura przypadła mi do gustu, muszę wspomnieć o kilku nieścisłościach, które rzuciły mi się w oczy. Przede wszystkim, nie podobał mi się wątek opowiadający o przeszłości Addie. Bez wchodzenia w szczegóły powiem tylko, że odniosłam wrażenie, iż autorka zapomniała go dokończyć. Owszem, wspomina ważne wydarzenia, które teoretycznie mają sporo wspólnego z głównym wątkiem, ale nic z tego nie wynika. Brakuje puenty. Addie wydaje się mało wyraźna i jakby odsunięta na drugi plan. Trochę mi to przeszkadzało, bo widziałam w tej postaci spory potencjał. Druga zastanawiająca dla mnie kwestia, to wątek matki Jacka. Niby coś zostało powiedziane, niby coś się wydarzyło, ale tak naprawdę nie miało to sensu. Nie rozumiałam ani postępowania Annalise, ani optymizmu, który Jack prezentuje pod koniec opowieści... (może to trochę mgliste, co piszę, ale nie chcę nikomu zaspoilować, a kto przeczytał, ten pewnie wie, o co mi chodzi ;) ). I na koniec wątek Meg, który wydał mi się mało logiczny (albo czegoś nie zrozumiałam). Co właściwie się wydarzyło? I czy wydarzyło się naprawdę? Jeżeli było tak, jak myślę, to zachowanie bohaterki oraz jej ojca, dorosłego i ponoć rozważnego mężczyzny, wydaje mi się mocno przesadzone...

Salem Falls naprawdę mi się podobało. Choć udało mi się przewidzieć część wydarzeń, zakończenie zupełnie mnie zaskoczyło. Jak już pisałam, książka nie tylko umożliwia przyjemne spędzenie wolnego czasu, kompletne zagłębienie się w wielowymiarowej opowieści, ale także skłania do myślenia. Ja zawsze wynoszę z lektury Picoult wiele przemyśleń i traktuję je jako wartość dodaną jej książek. Zgodnie ze zwyczajem, gorąco polecam tą powieść i nie mogę się doczekać, kiedy w moje ręce trafi jeden z najnowszych tytułów z dorobku Amerykanki.

Ta recenzja została nagrodzona w konkursie na najlepszą recenzję na stronie internetowej wydawnictwa Prószyński i S-ka 

M. Vargas Llosa - Pochwała macochy

Po poprzednim, bardzo udanym spotkaniu z twórczością Mario Vargasa Llosy, bardzo chciałam przeczytać którąś z innych jego książek. Nie tylko dlatego, że słyszałam wiele pochlebnych opinii o jego twórczości, ale także ze względu na to, że w 2010 roku peruwiański pisarz został uhonorowany Nagrodą Nobla w dziedzinie literatury. W mojej głowie zagościło więc pytanie, jakie książki trzeba pisać, żeby we współczesnych czasach zostać docenionym. Liczyłam, że zapoznanie się z dorobkiem Llosy da mi odpowiedź.

Pochwała macochy opowiada o wspólnym życiu don Rigoberta, jego syna Fonsito oraz jego drugiej żony - doni Lukrecji. Rodzina wiedzie wygodne, spokojne życie w nieokreślonym miejscu i nieokreślonych, ale raczej współczesnych czasach. Małżonkowie są ze sobą szczęśliwi, głównie z powodu bujnego pożycia seksualnego, które jest źródłem ich radości. Lukrecja pragnie jednak być nie tylko wzorową małżonką, ale także idealną macochą dla małego Fonisto. Stara się więc zaskarbić sobie uczucia chłopca.

Tę powieść powinno się spalić.
Nie czytaj jej. Odłóż z powrotem na półkę.
Jest zbyt rozpasana, perwersyjna i wyuzdana.*
To fakt. Ta krótka powieść niejednego czytelnika mogłaby naprawdę zgorszyć. Dlaczego? Dlatego, że jej fabuła kręci się głównie wokół seksu i fizyczności człowieka. Chciałoby się powiedzieć - ot, większość współczesnych romansów kręci się wokół seksu. Ale w tym przypadku jest trochę inaczej. O ile wątek małżeńskiego pożycia don Rigoberta i doni Lukrecji raczej nikogo nie zdziwi, to już relacje macochy i małego pasierba dla niejednego czytelnika mogą okazać się zbyt odważne, a może nawet niesmaczne. Podobne odczucia mogą budzić szczegółowo (czasem aż do bólu) opisane sceny, w których don Rigoberto dokonuje czynności higienicznych. Niemniej jednak, trzeba przyznać, że Llosa tak skomponował akcję, iż trudno oderwać się od czytania. Od początku historii przeczuwamy, że coś się stanie. Coś niezwykłego, coś strasznego, coś dziwnego... Co dokładnie? Tego nie wiemy. Ale pobudzona ciekawość pcha nas przez kolejne strony ku zakończeniu. Pozornie, czytamy o wydarzeniach, które kojarzą nam się ze spokojnym codziennym życiem i raczej nie są dynamiczne. A mimo to, fabuła ewoluuje szybko. Co jakiś czas przerywają ją opisy zamieszczonych w książce obrazów. Są one związane z opisaną historią i oczywiście, nacechowane silnym erotyzmem. Trzeba jednak przyznać, że autor patrzy na znane dzieła sztuki w sposób nowatorski oraz interesujący. Język zastosowany w powieści jest bardzo plastyczny, uwalnia wyobraźnię czytelnika, który, chcąc nie chcąc, dokładnie widzi obrazy podsuwane przez przewrotnego pisarza.

Najmocniejszym atutem książki jest zakończenie. Dla mnie cała konstrukcja fabuły i rozwiązanie akcji okazały się zaskakujące i zupełnie nieprzewidywalne. Miałam nawet wrażenie, że Llosa umyślnie spłatał czytelnikom psikusa - naszpikował historię takimi rzeczami, które skutecznie zajmowały ich myśli podczas lektury, aby na koniec odkryć szokującą (przynajmniej według mnie) prawdę. Częściowo, ten zabieg utwierdził mnie w przekonaniu, że peruwiański literat ma naprawdę przewrotną wyobraźnię, na tyle nietuzinkową, żeby nagrodzić ją Noblem. Poza tym, zakończenie ujawnia też bardzo ważny aspekt psychologiczny, który na pierwszy rzut oka jest ukryty i nie odgrywa aż tak dużego znaczenia. Dopiero kiedy czytelnik odrzuci pozory i odkryje rzeczywistość, w pełni doceni misterną intrygę, jaką uknuł Llosa rękami jednego ze swoich bohaterów.

Dochodząc do momentu, kiedy powinnam przedstawić moją subiektywną ocenę, nadal nie jestem do końca pewna, co napisać. Pochwała macochy niewątpliwie wywarła na mnie ogromne wrażenie, głównie z powodu wyżej wspomnianych walorów. Czytałam zachłannie, z ogromną ciekawością i ogólnie uważam lekturę za przyjemną. Zdaję sobie jednak sprawę, że ze względu na treści erotyczne, wielu czytelników może ocenić tą pozycję bardzo negatywnie. Osobiście, myślę, że to, co prezentuje nam w tym temacie Llosa, w gruncie rzeczy nie jest takie złe. Nie raz czytałam o gwałtach, seksualnym wykorzystywaniu i w porównaniu z tym, opisy małżeńskiej, nawet trochę wyuzdanej miłości wydają mi się do przyjęcia. Jeśli chodzi o macochę i pasierba - te sceny trochę mnie zaniepokoiły, ale również mogło być gorzej. Podsumowując, myślę, że ta pozycja na pewno zainteresuje niejednego miłośnika niebanalnych historii. Polecam ją, bo przecież nie trzeba jej lubić ani podziwiać, ale na pewno warto ją znać. Choćby po to, żeby wiedzieć, za co dostaje się Nobla. ;)

* cytat z opisu wydawnictwa z okładki.


Ta recenzja została nagrodzona w konkursie na najlepszą recenzję września 2012 na stronie internetowej wydawnictwa Znak

J. Picoult - Linia życia

Linia życia to ostatnia pozycja z mojego noworocznego stosiku. Przez sesję trochę mi się zeszło, ale nareszcie mogłam sięgnąć po kolejny tytuł ulubionej autorki. 

Za każdym razem, kiedy zaglądam na stronę internetową Jodi Picoult, czeka tam na mnie miła niespodzianka. Pisarka nie próżnuje i co jakiś czas ogłasza rychłą publikację nowej powieści. Dopiero, co pisałam o polskim przekładzie Tam, gdzie ty, a już kolejna książka oczekuje na tłumaczenie. Between the lines jest jednak wyjątkowa - to pierwsza powieść młodzieżowa napisana przez Amerykankę, a na dodatek, jej współautorką jest córka Picoult. Szczerze przyznam, że jestem tej pozycji bardzo ciekawa, ale raczej będę musiała na nią poczekać.

Wracając do Linii życia - tym razem, akcja opowieści rozgrywa się w latach 90. XX wieku, w Ameryce, a dokładniej, w Cambridge i Chicago. Paige od piątego roku życia wychowuje się bez matki. Po burzliwych latach nastoletnich miłości i przyjaźni, wyjeżdża z Chicago w poszukiwaniu swojego miejsca na świecie i w Cambridge poznaje Nichaolasa, swojego przyszłego męża. Ich wspólne życie wydaje się idealne - do czasu, kiedy kobieta zachodzi w ciążę i rodzi dziecko. Wydarzenia, które potem następują, nie tylko zmuszają Paige do zmierzenia się z przeszłością, ale też wystawiają na próbę siłę jej rodziny.

Przedstawiona w książce historia wzbudziła we mnie pozytywne emocje, ale też zmusiła do przemyśleń. Przede wszystkim, spodobała mi się wielowątkowa, obyczajowa fabuła. Mimo, że bardzo realistycznie opisuje ona samo życie, a w nim trudne sytuacje i poważne problemy, autorka w magiczny sposób nadała jej lekkości i dynamizmu. Dzięki temu, czytelnik pozwala się pochłonąć lekturze, a z każdą stroną coraz trudniej mu oderwać się od wartkiej akcji. I choć wydarzenia czasem są dramatyczne, to odniosłam wrażenie, że cała opowieść jest ciepła, pełna tych dobrych, pozytywnych uczuć, które kojarzą się z kochającą rodziną. Sympatię wzbudzają także bohaterowie - głównie dlatego, że łatwo można się z nimi utożsamić. Są bardzo prawdziwi, mają swoje słabości, ale też ulegają emocjom. Tak, jak każdy z nas. Od razu polubiłam postać Paige, która, choć zagubiona we własnym życiu i niepewna swoich uczuć, wydała mi się mądra i dobra. Kibicowałam jej poczynaniom do ostatniej strony i z pewnością mogę powiedzieć, że trochę się z nią zaprzyjaźniłam. Podobała mi się charakterystyczna dla Picoult, dwutorowa narracja, prowadzona na przemian przez Paige i Nicholasa. Dzięki niej, czytelnik może poznać tą samą historię z perspektywy obojga bohaterów, zrozumieć pobudki, jakimi się kierowali - jednym słowem, docenić psychologiczny aspekt powieści. 

Do przemyśleń skłonił mnie wątek dotyczący macierzyństwa. Na co dzień otaczają nas zachwyty nad tym, jak to wspaniale jest mieć dzieci, jakie to cudowne doświadczenie. Patrzymy na tkliwe spojrzenia młodych matek, które nie widzą świata poza swoimi maluchami. Picoult w Linii życia pokazuje nam przysłowiową drugą stronę medalu. Paige nie jest idealną matką, często nie potrafi sobie poradzić z dzieckiem i nie wytrzymuje psychologicznej presji otoczenia. Jej oczami poznajemy więc prawdziwy trud wychowania dziecka, a nawet dotykamy problemu depresji poporodowej. Okazuje się, że nie zawsze jest tak łatwo i pięknie, jak się wydaje. Można by więc odnieść wrażenie, że autorka zniechęca swoich czytelników do bycia rodzicami, ale nie taki jest jej cel. Ciekawe i pouczające zakończenie historii odkrywa przed nami kolejną prawdę o macierzyństwie, tym razem już nie tak gorzką, jak poprzednie, ale też nie za słodką. Akurat, żeby dłużej się nad nią zatrzymać i dobrze ją przemyśleć. Muszę przyznać, że ten aspekt książki wzbogacił mnie o nową perspektywę spojrzenia na świat i za to autorce należy się ogromny plus.

Podsumowując, lektura utworu Jodi Picoult to niezmiennie wspaniała rozrywka, ale także swego rodzaju lekcja o życiu. Porywa czytelnika bez reszty, jednocześnie pozostawiając po sobie ślad, który wzbogaca go jako człowieka. Po raz kolejny utwierdzam się w przekonaniu, że naprawdę warto sięgnąć po tego typu literaturę. I po raz kolejny, zamykając książkę Picoult, nie mogę się już doczekać, kiedy otworzę kolejną...


Ta recenzja została nagrodzona w konkursie na najlepszą recenzję, organizowanym przez wydawnictwo Prószyński i S-ka. Bardzo dziękuję! :) 

A. Pascual - Kompozytor burz

Po długich i pracowitych dwóch tygodniach znalazłam nareszcie czas, żeby skończyć lekturę Kompozytora burz. Szczerze mówiąc, jestem trochę rozczarowana, bo czytałam wiele pozytywnych recenzji tej powieści, a moje odczucia nie są aż tak entuzjastyczne, jak się spodziewałam.

Autor książki, Andres Pascual, to bardzo interesujący człowiek. Ma wiele pasji, pomiędzy które dzieli swój wolny czas. Gra na instrumentach klawiszowych, głównie na pianinie oraz dużo podróżuje. Dotychczas zwiedził już 18 krajów. Swoje doświadczenia i obserwacje zdobyte w obu dziedzinach zgrabnie połączył podczas tworzenia swojej drugiej powieści, wydanej na początku 2011 roku.

Kompozytor burz to historia młodego skrzypka, Matthieu, dorastającego w czasach blasku i chwały Ludwika XIV. Chłopak ma niezwykły muzyczny talent. Świadomy swoich umiejętności, marzy, aby pewnego dnia zagrać w najbardziej prestiżowej, królewskiej orkiestrze. Niestety, plany Matthieu burzy niespodziewana śmierć ukochanego brata i wydarzenia, które ją spowodowały. Szereg intryg i wypadków doprowadza do tego, że młody mężczyzna jest zmuszony udać się w podróż na Madagaskar, której celem jest odnalezienie źródła pradawnej melodii duszy. Melodii pożądanej nie tylko przez króla, ale także przez mistrzów alchemicznych, a nawet... bezwzględnych morderców.

Przedstawiona w książce opowieść nie zachwyciła mnie. Wydała mi się wręcz zupełnie przeciętna. Połączenie kilku różnorodnych wątków - przygodowego, podróżniczego, miłosnego - stworzyło potencjał, którego autor niestety nie umiał wykorzystać. Przede wszystkim, akcja nie jest dynamiczna. Mimo, że wydarzenia następują dość szybko po sobie, to jednak czytając, odnosimy wrażenie, że niektóre fragmenty niemiłosiernie się dłużą. Jest to niewybaczalne w przypadku książki, która z założenia miała zawierać element przygody i niebezpieczeństwa. Zwłaszcza, że ta wada rzuca się w oczy już we wstępie. Fabuła zawiera także prosty wątek kryminalny, który ginie w gąszczu innych aspektów tej historii. Podzielony dosłownie na dwie części, uatrakcyjnia początek i zakończenie, ale czytelnik w połowie lektury łatwo o nim zapomina, przez co intryga wydaje się być fragmentaryczna i niespójna. Z żalem muszę przyznać, że także romans został w tej powieści potraktowany "po macoszemu". Jakiekolwiek wzmianki na jego temat pojawiają się dopiero pod koniec lektury. Autor okropnie spłycił uczucia bohaterów, sprawił, że ich relacja stała się naiwna i mało realistyczna. Dodatkowo, ten aspekt może się niektórym wydać czymś w rodzaju streszczenia - następuje tylko kilka wydarzeń, między którymi nie ma konkretnego połączenia.

Nie spodobał mi się także sposób, w jaki Pascual potraktował sam Madagaskar. Spodziewałam się barwnych opisów wyspy, jej fauny i flory, które wniosłyby do powieści powiew egzotyki i oddały charakter dalekiej podróży, jaką odbywa główny bohater. Co otrzymałam? Jedynie zachwyty nad tym, jak ta "rajska kraina" jest piękna, dzika i oszałamiająca. Ani słowa, które pomogłoby mojej wyobraźni w stworzeniu obrazu. Krótko mówiąc - totalnie nieplastyczny język opisów. Aż dziw, że autor widział te cuda na własne oczy i nie potrafił utrwalić swoich wrażeń na papierze. Podobnie zawiodło mnie zupełne zlekceważenie rdzennych mieszkańców Madagaskaru. Dowiedziałam się o nich tylko tyle, że byli i, że byli wrogami. Niezbyt mnie taka wiedza satysfakcjonuje.

Kolejną wadą okazała się być konstrukcja postaci. Przede wszystkim Matthieu był dla mnie zaskoczeniem. Jak na głównego bohatera, okazał się mało wyrazisty, zbyt niezdecydowany, niedoświadczony. Irytował mnie swoim zarozumialstwem i naiwnością. Podobnie ma się rzecz z Ludwikiem XIV. Przecież w rzeczywistości tytuł Króla Słońce pociągał za sobą poważanie na dworze, prawdziwą charyzmę władcy. Jego książkowy odpowiednik, podobnie jak Matthieu, nie przykuwał uwagi na tyle, na ile powinien. Ot, był, odgrywał ważną rolę, ale nie wzbudził respektu, podziwu... właściwie żadnych głębszych emocji. Wymieniłam tylko dwa przykłady, ale podobnie jest z prawie wszystkimi bohaterami Kompozytora burz. Poza La Bouchem, bo on zdecydowanie jest warty uwagi.

Nie będę kompletnie pogrążać tego tytułu, dlatego przyznam, że zaciekawił mnie wątek historyczny, chociaż bardziej ze względu na opisy Wersalu, niż dworskie życie. Nieliczne fragmenty, w których autor postanowił oddać wygląd królewskich ogrodów, zaostrzyły moją ochotę na odwiedzenie tego miejsca. Interesujące były także informacje dotyczące życia samego monarchy, chociaż domyślam się, że więcej w nich fikcji literackiej niż prawdy historycznej. Tak, czy siak, przykuły moją uwagę na tyle, żeby nie zaniechać lektury w połowie.

Podsumowując, jeszcze raz powtórzę, że jestem rozczarowana. Opisy książki obiecują coś zupełnie innego, niż to, z czym styka się czytelnik. Szkoda, bo to stracona szansa na wspaniałą opowieść - o przygodzie, o męstwie, o miłości, doprawiona szczyptą historii i przyozdobiona egzotyką Madagaskaru. Niestety, Andres Pascual nie podołał, przynajmniej według mnie. Dlatego też, raczej nie sięgnę po inne tytuły z jego dorobku, a i Kompozytora burz odradzam, bo jest wiele lepszych książek o podobnej tematyce.

Ta recenzja została nagrodzona w 45. edycji konkursu na recenzję tygodnia, organizowanego przez portal nakanapie.pl oraz księgarnię internetową Kumiko. Bardzo dziękuję! :)

H. Mankell - Psy z Rygi


Lektura utworów Henninga Mankella, której to oddawałam się w każdej wolnej chwili w trakcie ostatnich kilkunastu dni, skłoniła mnie do poszukania nowych informacji o tym szwedzkim pisarzu. W związku z tym, na oficjalnej stronie internetowej autora trafiłam na bardzo ciekawą sekcję Q and A, w której to każdy dociekliwy czytelnik może poznać odpowiedzi na nurtujące go pytania Nie ukrywam, że mnie Mankell zafascynował  przede wszystkim, jako utalentowany twórca. Bardzo spodobało się to, co powiedział o początkach swojej twórczości. Pisać nauczyła go babcia, a on sam już od najmłodszych lat czerpał radość z tworzenia słów, zdań, całych historii. Natchnienie czerpał z literatury, do czytania której zachęcał go ojciec. Nie dziwne więc, że jego pierwszym "dziełem" było streszczenie opowieści o przygodach Robinsona Crusoe.

Psy z Rygi to druga powieść z cyklu o Wallanderze i czternasta w dorobku pisarza. Przedstawia historię nietypowego śledztwa, rozpoczynającego się w dniu, w którym na jedną z plaż w pobliżu miasta Ystad przybija tajemniczy ponton ratunkowy. Jego "pasażerami" okazują się być zwłoki dwóch niezidentyfikowanych mężczyzn. Machina rusza i już po kilku dniach na komisariacie pojawia się łotewski policjant, major Liepa, który ma pomóc w rozwiązaniu kryminalnej zagadki. Od tej pory śledztwo obiera jednak dosyć niespodziewany kierunek, a Kurt Wallander tym razem musi osobiście dopilnować ujęcia sprawcy. 

Trzeba przyznać, że choć Psy z Rygi to jedna z części cyklu, różni się od pozostałych tomów opowiadających o przygodach Wallandera. A to za sprawą rozbudowanych wątków pobocznych - historycznego i obyczajowego, które sprawiają, że opowieść o zbrodni staje się wielowymiarowa i mocno zakorzeniona w minionej rzeczywistości lat 90. XX wieku. Książka jest też bardzo dobrze napisana - po raz kolejny przekonujemy się, że fragmenty, które pozornie mogłyby nudzić, są ważnym elementem fabuły. Akcja jest dynamiczna, momentami nawet można odnieść wrażenie, że nagromadzenie wypadków, jakie przydarzają się Wallanderowi, jest wręcz niemożliwe. Przez to cała historia nabiera surrealistycznego posmaku. Czy taki był zamiar autora, czy też tylko moja interpretacja? Nie wiem. W każdym bądź razie, bardzo plastyczny, niewymagający język oraz naturalne, niewymuszone dialogi sprawiają, że książkę czyta się szybko, a wydarzenia w niej przedstawione pochłaniają czytelnika doszczętnie.

Wiele aspektów tej powieści bardzo mi się spodobało. Przede wszystkim, tajemnica, która trzyma czytelnika w niepewności aż do ostatnich stron. Tym razem autor wykazał się nie lada pomysłowością i uknuł skomplikowaną intrygę, pełną nieprzewidzianych wydarzeń. Czytelnikowi ciężko wpaść na trop zbrodniarzy Nie brak w tej historii także elementów polityki, co dodaje fabule atrakcyjności, ale też przywołuje powiew współczesności i smak dzisiejszych problemów. Z tym łączą się kwestie historyczne oraz społeczne, po raz kolejny podkreślane przez szwedzkiego pisarza. Uważam, że wszystkie te zabiegi ubogacają treść książki, nadają jej wymowie głębi, sprawiają, że łatwiej nam, czytelnikom, uwierzyć w fabułę, mimo, że jest w całości fikcyjna. Świetnym pomysłem było usytuowanie akcji na Łotwie, pokazanie specyfiki tzw. "demoludu", atmosfery i warunków życia, w jakich przyszło egzystować jego obywatelom. W moim przekonaniu, Mankell wzniósł się na wyżyny swojego talentu - stworzył tak mroczną, przejmującą atmosferę państwa policyjnego, tak rzeczywiste, ale jednocześnie niebezpieczne, tajemnicze otoczenie dla zbrodni oraz śledztwa, jakiego nie znalazłam w żadnej innej powieści kryminalnej. Za to ogromne brawa dla niego. Kolejnym atutem historii są bohaterowie. O Kurcie Wallanderze pisałam w poprzedniej recenzji i w pełni podtrzymuję swoją opinię. Tym razem jednak, autor przedstawia nam szereg nowych postaci, wykreowanych z wprawą, wiarygodnych i, przede wszystkim, bardzo ludzkich. Każda z nich kryje jakąś historię, którą chce nam opowiedzieć pisarz - czy to uzmysłowić biedę, w jakiej żyli członkowie tego podległego społeczeństwa, czy też opowiedzieć o wzorze patriotyzmu. Wszystkie te elementy zebrane razem tworzą naprawdę dobrą literaturę kryminalną. I takie właśnie są Psy z Rygi.

Z pełną odpowiedzialnością za moje słowa mogę polecić tą książkę każdemu. Czytelnicy ceniący sobie prawdziwie dopracowane intrygi, osnute odpowiednio mroczną aurą, na pewno przyjmą tą pozycję z entuzjazmem. Ja natomiast myślę, że jest to jeden z lepszych kryminałów, jakie do tej pory czytałam, mimo, że jest pod wieloma względami nietypowy. Tak, czy siak, moja przygoda z historiami o Kurcie Wallanderze na pewno jeszcze się nie kończy.

Ta recenzja została nagrodzona w 39. edycji konkursu na recenzję tygodnia, organizowanego przez portal nakanapie.pl oraz księgarnię internetową Kumiko. Bardzo dziękuję! :)

L. Lokko - Jedna bogata, druga biedna

Po raz kolejny Lesley Lokko  zaprasza nas do świetnie jej znanego, ale specyficznego świata Afryki. Autorka dorastała w Ghanie i, choć wykształcenie zdobyła w Europie i USA, w wieku 26 lat wróciła na Stary Kontynent. Doskonale poznała problemy społeczne tego regionu, a podczas pracy w RPA postanowiła napisać książkę, której tłem byłyby właśnie niepokoje, jakie targają życiami Afrykańczyków.

Jedna bogata, druga biedna to historia przyjaźni trzech dziewczyn, które poznają się w prywatnej szkole St. Augustine. Każda z nich jest zupełnie inna - Nik pochodzi z Zimbabwe i jest córką bogatego biznesmena, Caryn wychowała się w biednej dzielnicy Londynu, pilnując matki-alkoholiczki i dbając o młodszego brata, a Tory przeżyła rodzinną tragedię i wciąż stara się z niej otrząsnąć. Mijają lata, a ich przypadkowa znajomość przeradza się w silną przyjaźń, która nie raz zostanie wystawiona na próbę.

Jedna bogata, druga biedna to zdecydowanie powieść z gatunku obyczajowego, z wplecionymi w fabułę elementami romansu. Główny wątek to przede wszystkim splatające się losy trzech bohaterek, ciągnące się przez kilkanaście lat i obfitujące w różnego rodzaju wydarzenia. Jest też spora ilość wątków pobocznych, które dopełniają opowieści i wprowadzają różnorodność. Akcja jest dosyć dynamiczna, mimo, że sama tematyka niekoniecznie musi to gwarantować. Ogromny plus należy się autorce za to, że potrafiła książkę o życiu (które każdy z nas przecież dobrze zna) napisać w niewymuszony sposób, tak, że jest ona wciągająca i nie zanudza czytelnika. Nie znajdziemy nic nie wnoszących przemyśleń, czy dialogów, dłużących się opisów ani przesadnie ckliwych scen. Całość jest odpowiednio wyważona i dzięki temu, czytelnik bez większego problemu wchodzi w wykreowany świat i utożsamia się z bohaterami. Towarzyszy im przez długi czas, jest świadkiem ich dorastania, poznaje ich radości i smutki. A to bardzo wciąga.  Powieść została napisana przyjemnym, lekkim językiem, co sprawia, że czyta się ją bardzo szybko. Uwagę zwracają dialogi, które brzmią naturalnie, dzięki czemu historia nabiera autentyczności.

Trzeba przyznać autorce, że jej utwór jest naznaczony dużą dozą realizmu. Mimo, że na niemal sześciuset stronach zostały nagromadzone przeróżne sytuacje, jakie mogą się pojawić w codziennym życiu, czytelnik odnosi wrażenie, że taka historia mogła wydarzyć się naprawdę. Bohaterowie zostali przedstawieni jako prawdziwi ludzie. Nie są idealni, cechują ich autentyczne zachowania, każdy kryje swoje sekrety i problemy, z którymi próbuje się uporać. Ciekawe jest to, jak wiele różnych osobowości pisarka umieściła w tym utworze i jak umiejętnie splotła ich losy... Warto też zauważyć, że Lokko przemyca w treści wartości, które w dzisiejszym świecie odgrywają ważną rolę i nierzadko jawią się jako prawdziwy skarb. Z drugiej jednak strony, powieść to tak naprawdę lekka pozycja, przeznaczona głównie dla kobiet. Przemyślenia nie są wymuszone, przychodzą do głowy naturalnie. Czytelnik może poczuć się jak bierny obserwator życia Nik, Caryn i Tory - ot, zna najświeższe plotki i wydarzenia oraz wyrabia sobie o nich opinię, ale w żadnym razie nie jest zmuszony do uczestnictwa w głębokich dylematach, jakimi niewątpliwie są problemy bohaterek dla nich samych. Dzięki temu, lektura tego utworu to prawdziwa przyjemność.

Po raz drugi już jestem bardzo zadowolona ze spotkania z literaturą Lesley Lokko i zważywszy na fakt, że autorka ma w dorobku jeszcze dwie powieści, myślę, że za jakiś czas znów powrócę do jej twórczości. Jedna bogata, druga biedna okazała się być wspaniałą opowieścią do poczytania w jesienne wieczory - wielowątkową, życiową, ale przy okazji wnoszącą powiew gorących afrykańskich osobowości i zgiełk wielkomiejskiego życia. Rzadko zdarza się trafić na lekką i przyjemną lekturę, która przy okazji byłaby mądra. Tym razem mi się to udało i za to wielkie brawa dla autorki.


Ta recenzja została nagrodzona w 37. edycji konkursu na recenzję tygodnia, organizowanego przez portal nakanapie.pl oraz księgarnię internetową Kumiko. Bardzo dziękuję! :)

R. Chandler - Czysta robota

Kolejne spotkanie z amerykańskim autorem kryminałów. Tym razem w formie opowiadań, która również była Chandlerowi bliska - od niej bowiem rozpoczynał swoją pisarską karierę. Debiutował w 1933 roku, publikując pierwsze z nich, Blackmailer's Don't Schoot, w magazynie Black Mask. Potem napisał ich jeszcze kilkadziesiąt, zachwycając czytelników coraz bardziej wyrazistym stylem.

Czysta robota to zbiór kilku opowiadań o podobnej konwencji, rozgrywających się w Los Angeles, w dzielnicy Hollywood. Poznajemy w nich zarówno detektywów, jak i osoby prywatne, prowadzące śledztwo w sprawach kryminalnych. Czasem mamy do czynienia z porachunkami w światku przestępczym, czasem podążamy tropem zabójcy z przypadku, a czasem zwyczajnie podglądamy pracę policjantów. Za każdym razem historia jest inna, ale równie ciekawa i intrygująca.

Każde ujęte w tym zbiorku opowiadanie, to swoisty majstersztyk zbrodni. Nie ma czasu na opisy, nie ma czasu na wdawanie się w szczegóły. Głównym i jedynym wątkiem każdego utworu jest akcja - zawsze dynamiczna, ciągła, nierzadko bardzo zaskakująca. Męski, konkretny język, jakim posługuje się autor oraz specyficzny, brudny i tajemniczy klimat kryminalnego światka Hollywood sprawia, że czytelnik może poczuć się, jak bezpośredni obserwator opisywanych zdarzeń. Nie ma tu miejsca na opisy, na stworzenie plastycznego tła dla przestępstw. Chandler pokazuje nam świat prawdziwej zbrodni, świat surowy i obdarty ze złudzeń. Sylwetki bohaterów, pojawiających się na kartach opowiadań, dopełniają obrazu niebezpiecznego Hollywoodu. Mamy do czynienia nie tylko z groźnymi przestępcami, ale także z bogatymi, lecz zupełnie bezbronnymi mieszczanami, czy też ze zblazowanymi artystami przemysłu filmowego. Całość, złożona ze wspomnianych elementów, prezentuje się imponująco - czytelnik natychmiast wsiąka w tą mroczną atmosferę, niesamowicie realną i przez to niepokojącą.

Niestety, książce nie brakuje też słabych stron. Przede wszystkim, jak już wspomniałam, większość opowiadań opiera się na tej samej konwencji. Nie wiem, czy był to celowy zamysł autora, czy też przypadek. W momencie, kiedy czytelnik odkrywa zagadkę i zaczyna rozumieć mechanizm, na jakim oparte zostały fabuły opowiadań, pryska czar i kończy się intryga. Każdą kolejną historię można rozwiązać samemu, i to już na samym jej początku. To zdecydowanie niweluje efekt zaskoczenia, który w tym gatunku literackim jest przecież kluczowym elementem. Z tego wynika kolejna wada pozycji - czytając, jedno po drugim, opowiadania o bardzo podobnej linii wydarzeń, możemy się czuć nieco znużeni. Mimo, że za każdym razem historia jest trochę inna, to jednak wzajemne podobieństwo wszystkich utworów dosyć wyraźnie rzuca się w oczy, a to sprawia, że pod koniec lektury właściwie wszystko jest jasne, choć nie zostało jeszcze powiedziane. I ostatni aspekt, który nie wzbudził mojego entuzjazmu - forma. Nie przepadam za opowiadaniami, a po tą książkę sięgnęłam tylko dlatego, że została mi polecona jako zupełnie inna od powieści Chandlera. Rzeczywiście, opowiadania wypadają znacznie lepiej w porównaniu do dłuższych form tego autora, ale nie na tyle oszałamiająco, żeby przekonać mnie do swojego krótkiego i konkretnego stylu. Zdecydowanie wolałabym fabułę kilku z nich zobaczyć rozwiniętą i przeobrażoną w dłuższe opowieści.

Ogólnie, muszę przyznać, że lektura Czystej roboty należała do przyjemnych, mimo kilku niedociągnięć ze strony autora lub wydawcy. Fani gatunku na pewno nie będą zawiedzeni, zwłaszcza, że Chandler potrafi stworzyć tą sugestywną atmosferę przestępstwa, która jeszcze na długo po zakończeniu lektury pozostaje w pamięci. A dzięki temu, że mamy do czynienia z opowiadaniami, zawsze można lekturę dawkować, powrócić do niej za jakiś czas, tak aby nie ulec monotonii. Ja jestem przekonana, że jeszcze nie raz sięgnę po twórczość tego amerykańskiego autora, bo choć budzi we mnie sprzeczne uczucia, to jednak intryguje. Zdecydowanie polecam!

Ta recenzja została nagrodzona w 34. edycji konkursu na recenzję tygodnia, organizowanego przez portal nakanapie.pl oraz księgarnię internetową Kumiko. Bardzo dziękuję! :)

J. Irving - Regulamin tłoczni win

John Irving to człowiek wielu talentów. Nie jest tylko znanym i poczytnym pisarzem, tworzącym w USA. To także scenarzysta filmowy, a sporadycznie nawet aktor. Zagrał epizodyczne role w kilku filmach, które są adaptacjami jego własnych powieści. Scenariusz, napisany na podstawie Regulaminu tłoczni win, został nagrodzony Oscarem w 2000 roku. Polscy czytelnicy mieli okazję zapoznać się z historią już 5 lat wcześniej.

Jej akcja rozgrywa się w St. Cloud's, w Maine, w XX. wieku. Doktor Wilbur Larch prowadzi sierociniec, w którym nieszczęśliwe matki mogą nie tylko pozostawić nowo narodzone dziecko, ale także poddać się zabiegowi aborcji. Tuż za ścianą "domowego" szpitala dorasta jedna z sierot - Homer Wells - chłopiec, który mimo swej inteligencji i dobroci, nigdy nie został zaadoptowany. Losy sierocińca i jego wychowanka przeplatają się, determinując życie chłopca na zawsze.

Regulamin tłoczni win to przede wszystkim książka, która daje do myślenia. I to na wielu płaszczyznach. Autor przedstawia czytelnikom kombinację różnorakich wątków, które zgrabnie zestawia w opowieść o życiu Homera Wellsa. A to życie jest łatwe tylko z pozoru. Mimo, że chłopak boryka się z wieloma wątpliwościami natury moralnej, ciężko pracuje i nie raz musi dać wyraz swojej dojrzałości, to jednak całej historii nie brak ciepła i pozytywnego wydźwięku. Nie sposób więc się nią znudzić - wciąga już od pierwszych stron i nie pozwala się oderwać, przywiązując nas do bohaterów oraz ich losów, a także zaskakując wydarzeniami, których nie mogliśmy przewidzieć. Dodatkowo, dzięki temu, że język Irvinga jest bardzo bogaty, naznaczony lekkim humorem, książkę czyta się szybko i przyjemnie.

Problematyka powieści, jak już wspominałam, jest bardzo szeroka. Pomimo tego, że wątek obyczajowy budzi w czytelnikach pozytywne emocje, to jest on swego rodzaju wymówką dla poruszenia trudniejszych tematów. Głównym z nich jest aborcja. Bohaterowie książki, z racji swojego położenia, stykają się z nią na co dzień, w efekcie wyrabiając sobie na jej temat solidne poglądy. Co raz jesteśmy świadkami dyskusji o tym, czy jest to moralnie słuszne działanie. Przytoczone przez Irvinga argumenty są naprawdę przemyślane, wspomina on o każdej potencjalnej sytuacji, jaka może zaistnieć. Co ciekawe, autor nie narzuca jednak nikomu swoich poglądów, pozostawia kwestię otwartą, do osobistego rozstrzygnięcia dla każdego czytelnika. Oprócz aborcji, podczas lektury zetkniemy się z innymi zjawiskami społecznymi - adopcją, homoseksualizmem, rasizmem, wojną. Wszystkie one sprawiają, że Regulamin tłoczni win to nie tylko rozrywka, ale także okazja do przemyślenia trudnych spraw, które otaczają nas tak samo, jak otaczały Homera i jego przyjaciół.

Książka bardzo mi się spodobała i zachęciła do dalszych spotkań z literaturą tworzoną przez Johna Irvinga. Moje ogólne wrażenia są bardzo dobre - w lekturze odnalazłam piękne, ciepłe emocje, prawdziwe wzruszenia, szczyptę inteligentnego humoru oraz głębię, czyli to, czego nie brakuje najlepszym utworom. Z pełnym przekonaniem mogę polecić tą powieść każdemu, ponieważ niesie ona ze sobą pozytywny przekaz, który potrafi podnieść na duchu, zwłaszcza w jesienny, zimny i nieprzyjemny, czas.

Ta recenzja została nagrodzona w konkursie na najlepszą recenzję, organizowanym przez wydawnictwo Prószyński i S-ka. Bardzo dziękuję! :)

M. Vargas Llosa - Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki

Niniejszą recenzją zamykam wreszcie stosik urodzinowy - po długim, aczkolwiek przyjemnym dla mnie czytelniczo czasie. Na deser zostawiłam sobie pozycję z dorobku Llosy, która totalnie mnie oczarowała i zdecydowanie zachęciła do dalszych spotkań z twórczością tego autora.

O nim samym zrobiło się głośno w 2010 roku, kiedy otrzymał Nagrodę Nobla z dziedziny literatury. Momentalnie, w księgarniach zaczęły się pojawiać wznowienia jego wcześniejszych publikacji oraz nowa książka - Marzenia Celta. Mario Vargas Llosa ma na swoim koncie nie tylko powieści, ale także szereg opowiadań, utwory z gatunku literatury faktu, a także sztuki teatralne, ogółem ok. 35 dzieł. Jednym słowem - jest co czytać! ;)

Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki to historia nieszczęśliwej, toksycznej miłości, ciągnąca się przez kilkadziesiąt lat. Nastoletni Ricardo mieszka w Limie, w dzielnicy Miraflores. Wśród jego znajomych pewnego dnia pojawia się Lily - piękna, inteligentna, niezwykle uwodzicielska piętnastolatka z Chile. Chłopak zakochuje się w niej bez pamięci. Uczucie obezwładnia go, doprowadza do szaleństwa i sprawia, że nie może zapomnieć o dziewczynie swoich marzeń. Ale niespodziewanie, Lily znika. Okazuje się jednak, że dziewczyna będzie pojawiać się w życiu Ricarda co jakiś czas, bez zapowiedzi, wprowadzając zamęt do jego spokojnej egzystencji i igrając z jego emocjami.

Przedstawiona przez autora historia naprawdę przypadła mi do gustu. Llosa cudownie pisze o miłości, nawet wtedy, gdy zwraca czytelnikom uwagę na jej gorzki smak. Opowieść o losach Ricarda i niegrzecznej dziewczynki jest niebanalna i zaskakująca, wbrew pozorom bardzo dynamiczna. Zaczynając lekturę w ogóle nie spodziewamy się tego, co następuje później. Książka jest przepełniona prawdziwymi emocjami i choć przedstawiona w niej miłość jest trudna, to nie brak także całej gamy innych pozytywnych uczuć: tkliwości, czułości i ciepła. Bohaterowie, jak w prawdziwym życiu, doświadczają nie raz huśtawki nastrojów i sami nie potrafią zdecydować, co tak naprawdę nimi kieruje.

Peruwiański pisarz w swojej opowieści stosuje bardzo sugestywną formę narracji. Wydarzenia poznajemy z perspektywy ich głównego uczestnika, czyli Ricarda. Dzięki temu, możemy utożsamić się z nim i poczuć jego emocje. Autor pisze językiem prostym, ale sugestywnym. Trafiającym do czytelnika. Choć wydawałoby się, że o nieszczęśliwej miłości można pisać tylko z patosem, to jednak w Szelmostwach niegrzecznej dziewczynki mamy umiar; jest romantyzm w ilości do zaakceptowania. Nawet "banały", których niegrzeczna dziewczynka wciąż domaga się od swojego adoratora, nie są wcale takie banalne...

Bardzo mocną stroną książki są zdecydowanie bohaterowie. Llosa nie szczędził tytułowej niegrzecznej dziewczynce cech kobiety idealnej - pożądanej przez mężczyzn, ale dla nich nieuchwytnej. Stworzył prawdziwą femme fatale, która najpierw przyciąga do siebie Ricarda, a później jest powodem jego udręki. Trzeba przyznać, że mimo tego, niegrzeczna dziewczynka to wciąż postać z krwi i kości. Ma swoje zalety, ale ulega słabościom, nie jest tak odporna na wszystkie przeciwności losu, jak sama o sobie sądzi. Także główny bohater to prawdziwy mężczyzna - nie ukrywa erotycznego zainteresowania swoją ukochaną, a jego cierpliwość ma granice. Często autorzy, w ferworze tworzenia historii miłosnych, zapominają, że żaden związek między kobietą, a mężczyzną nie jest jednowymiarowy. Na szczęście Llosa pokazał wszystkie aspekty miłości i to mi się u niego podoba.

Bardzo wzruszyło mnie zakończenie powieści i myślę, że zmieniło też trochę moją opinię. Patrząc przez jego pryzmat na całość, mogę powiedzieć, że Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki to naprawdę piękna opowieść o specyficznym, ale urzekającym uczuciu, jakie zrodziło się między dwójką bohaterów. Dzięki trochę innej perspektywie, lektura może skłonić nas do przemyśleń nie tylko nad istotą samej miłości, ale także nad naszym zachowaniem wobec partnera. Serdecznie polecam tą książkę, zwłaszcza na długie jesienne wieczory, bo myślę, że oczaruje jeszcze wielu czytelników poza mną.


Ta recenzja została nagrodzona w 30. edycji konkursu na recenzję tygodnia, organizowanego przez portal nakanapie.pl oraz księgarnię internetową Kumiko. Bardzo dziękuję! :)

I. Falcones - Ręka Fatimy

Wyjazd wakacyjny był w tym roku bardzo udany, zarówno pod względem wypoczynkowym, jak i książkowym. Pierwszą lekturą, jaką zabrałam ze sobą na bułgarską plażę była Ręka Fatimy, jeszcze z urodzinowego stosiku. Po raz kolejny jestem zakochana w hiszpańskiej książce!

O Ildefonsie Falconesie pierwszy raz usłyszałam przy okazji czytania Katedry w Barcelonie. Ten hiszpański pisarz, który debiutował zaledwie kilka lat temu, bo w 2007 roku, zachwyca swoich czytelników wielką dbałością o aspekt historyczny swoich dzieł. Przed napisaniem Katedry w Barcelonie, zbierał materiały o hiszpańskim średniowieczu przez 5 lat!

Ręka Fatimy opowiada o niełatwym życiu Hernanda, chłopca, który dorastał na zderzeniu kultur islamu i chrześcijaństwa. Przez lata, żyjąc w strachu oraz cierpieniu, musiał walczyć - o dobre imię, o szacunek ludzi, o miłość i nierzadko o życie. Książka to opis jego zmagań z dorosłością, lat pracy poświęconych kultywowaniu wiary w Allaha.

Powieść Falconesa pochłonęła mnie na dobrych kilka dni. Niby opasły tom, ale losy bohaterów wciągnęły mnie tak, że stron ubywało bardzo szybko. Autor zadbał o to, żeby opowieść mówiąca o religiach nie nabrała zbytniego patosu - język jest współczesny, przystępny i lekki. Pełen plastycznych opisów, wypełnia tło wydarzeń specyficznym hiszpańskim klimatem. Oczami wyobraźni widziałam wąskie, górskie ścieżki, którymi mulnicy pędzili swoje zwierzęta; miejski gwar Kordoby, w zaułkach której kwitło potajemne życie religijne muzułmanów; rozległe pola i winnice, które były jedynym środkiem utrzymania dla uciskanych morysków.

Sama opowieść porusza wiele ważnych wątków. Na pierwszy plan wysuwa się aspekt walki islamu i chrześcijaństwa. Falcones opisuje lata cierpień, których wyznawcy obu wiar przysparzali sobie nawzajem. Czytelnik poznaje problem z szerokiej perspektywy, oczami udręczonego moryska, który okazuje się jednak wrażliwy na problemy swoich potencjalnych wrogów. Dzięki temu, możemy zetknąć się z różnymi obyczajami i tradycjami, które ze strony muzułmańskiej są kultywowane nawet pod groźbą śmierci. Ciekawe informacje pisarz zamieścił także na temat hiszpańskiego Kościoła oraz postępowania Świętej Inkwizycji. Ogólnie, mimo, że ten temat może się wydawać nużący, zapewniam, że jest wręcz odwrotnie. Stanowi on podstawę życia i działań głównego bohatera, dlatego i my się emocjonujemy. Warto także zwrócić uwagę na jedno z głównych przesłań autora - mówiące, iż warto być szlachetnym i dobrym człowiekiem. Nie wyrzekać się tego i nie poddawać się przeciwnościom losu. Że warto trwać w swoich przekonaniach mimo wszystko.

Najbardziej spodobał mi się jednak wątek obyczajowy. Perypetie Hernanda przykuły moją uwagę, gorąco kibicowałam jego poczynaniom, zarówno tym miłosnym, jak i każdym innym. Bardzo polubiłam też postacie towarzyszące mu przez lata - Fatimę i Miguela. Autor żadnego bohatera nie obdarzył kryształowym charakterem, co nadało historii realizmu i dodatkowo ją ubarwiło. W dodatku, osobowości postaci pojawiających się w powieści są tak różne, iż czasem trudno przewidzieć kto jak się zachowa.

Jedyny minus, o którym muszę wspomnieć, to w zasadzie drobnostka - mimo wartkiej akcji, czasem dłużyły mi się fragmenty mówiące o walkach zbrojnych. Ale ja po prostu nie przepadam za "scenami batalistycznymi".

Gorąco polecam Rękę Fatimy. Na pewno spodoba się fanom Katedry w Barcelonie oraz wszystkim, którzy lubią długie historie o życiu, o walce o ideały i miłość. Ja będę czekać z niecierpliwością na kolejną książkę Falconesa, nad którą autor ponoć już pracuje.


Ta recenzja została nagrodzona w 29. edycji konkursu na recenzję tygodnia, organizowanego przez portal nakanapie.pl oraz księgarnię internetową Kumiko. Bardzo dziękuję! :)

S. Jones - Klejnot Medyny

Swego czasu na wielu blogach napisano mnóstwo pozytywnych słów o mojej ostatniej lekturze. Już wtedy nabrałam chęci na przeczytanie jej i nie tak dawno temu, zupełnie przypadkowo zauważyłam ją na wyprzedaży w supermarkecie. Z perspektywy czasu, uważam, że to był udany zakup - oprócz niewątpliwie ciekawej historii dostałam także trochę upalnego klimatu gratis na to deszczowe lato! ;)

Choć tytuł był mi mniej więcej znany, o Sherry Jones - autorce - nie wiedziałam zbyt wiele. Poszukując informacji o tej amerykańskiej dziennikarce, którą zainteresowały losy kobiet muzułmańskich, dowiedziałam się, że Klejnot Medyny był nie tylko jej publikacją najbardziej znaną, ale też kontrowersyjną. Mówi się o niej, że pojawiła się jako odpowiedź na ataki terrorystyczne w USA z 11.09.2001r, ale sama pisarka zaprzecza tym słowom. Ciekawy wywiad z Sherry Jones na ten temat można przeczytać tutaj. Polecam wszystkim, których intryguje temat islamu w literaturze.

Akcja powieści rozgrywa się w Mekce i Medynie, w czasach, kiedy islam nie istniał jeszcze jako religia milionów, a kobiety były uważane za własność mężczyzn. Aisza, 9-letnia dziewczynka o ogniście rudych włosach i niepokornym charakterze, zostaje najmłodszą żoną Proroka Muhammada. Od tej chwili jej życie to nieustanna walka - o miłość, o godność, o prawo do decydowania o sobie. Jednocześnie, to opowieść o dorastaniu i poszukiwaniu szczęścia w trudnych dla kobiet czasach.

Na początku, po przeczytaniu kilku opisów i opinii w internecie, spodziewałam się klasycznego romansu. Ot, mamy niełatwe czasy, miłość między kobietą, a mężczyzną, która naznaczona jest trudnościami i wielkie, historyczne wydarzenia w tle. Jakże bardzo (i na szczęście!) się pomyliłam. Klejnot Medyny okazał się nie tylko narzekaniem na trudne życie małej Aiszy i jej małżeńskie problemy. To wciągająca, urzekająca opowieść o życiu przy boku Proroka - człowieka, który zmieniał otaczający go świat. I brzemieniu ciążącym na młodziutkiej dziewczynie, która rozdarta jest między lojalnością wobec poślubionego mężczyzny, a swoimi pragnieniami. Autorka, w tej pozornie obyczajowej powieści, w subtelny sposób ujmuje moralne dylematy, rządzące światem islamu, ale nie zapomina też o trudnym temacie nieistniejących praw i dokuczliwych obowiązków, zdeterminowanych przez płeć. Stara się przemycić przesłanie dotyczące walki o poprawę sytuacji muzułmańskich kobiet - ale nie poprzez agitowanie pustymi hasłami. Poprzez przybliżenie odbiorcom tej egzotycznej kultury i umożliwienie zrozumienia jej. Poprzez ukazanie sylwetki kobiety-wojowniczki, która nie poddaje się nurtowi losu, lecz każdego dnia stara się trzymać swoje życie w swoich rękach. Przyznam, że ten aspekt lektury bardzo mnie zaciekawił - Klejnot Medyny po raz pierwszy zetknął mnie z namiastką wiedzy o życiu wyznawczyń islamu, a przy tym zmusił do docenienia swojego, jakże szczęśliwego, położenia.
Warto wspomnieć także o tym, w jaki sposób Jones opisała historię wyznania rodzącego się w sercu pustyni. Nie ma tu dat, suchych faktów oraz opisów świętych wojen, zwykle nużących czytelnika. Na kolejnych stronach odkrywamy historię naturalną - niewymuszoną i lekką, piszącą się niejako na naszych oczach. Poznajemy Muhammada, nam znanego jako Mahomet. Choć dla muzułmanów jest on sam w sobie półbogiem, obiektem chwały, to jednak w tej historii dostrzegamy w nim zwykłego człowieka, walczącego z pokusami i codziennymi problemami. Człowieka uduchowionego, który wierzy w jednego Allaha i tą wiarę chce zaszczepić w swoich najbliższych, sąsiadach, mieszkańcach miasteczka... Oczywiście, każda inicjatywa przeżywa wzloty i upadki. Muhammad nierzadko walczy o islam przy użyciu miecza, nierzadko z korzyścią dla samego siebie. Ale szczerze i prawdziwie. Osobiście, uważam, że taki sposób - lekki i przystępny - pisania o religii przyczynia się do jej zrozumienia. I choć książka wielokrotnie była krytykowana za rzekomy brak szacunku wobec wyznania muzułmańskiego, nie mogę się z tym zgodzić. Uważam, że Jones wykonała kawał dobrej roboty, tworząc piękną historię, pełną miłości i walki o dobro, pokazując czytelnikowi w sposób obrazowy to, czego nie zna. A jestem zdecydowaną zwolenniczką poznawania tego, co obce, inne.
Na zakończenie dodam jeszcze, że dzięki lekturze tej książki, zafascynowała mnie kultura arabska. Interesujące okazały się nie tylko zwyczaje, czy tradycje kultywowane przez dawne ludy dzisiejszej Arabii Saudyjskiej, ale także ich rzeczywista egzystencja, aż do dnia obecnego tak odmienna od naszej, zachodniej. Czytając, jak zaczarowana chłonęłam gorący klimat pustyni, aromaty egzotycznych przypraw i dźwięki, którymi rozbrzmiewał harem. Prawdziwa uczta dla receptorów w naszej wyobraźni!

Gorąco polecam książkę Sherry Jones. Każdemu, kto lubi poznawać inne kultury, kto jest ciekawy islamu, wreszcie, każdemu, kto szuka pięknej historii o miłości i walce o siebie. Ja sama z niecierpliwością będę czekać na kontynuację opowieści o Aiszy i jej życiu - Miecz Medyny. Mam nadzieję, że dzięki niej dowiem się więcej o islamie i jego wpływie na kobiety. Oby więcej takich książek! :)

Ta recenzja została nagrodzona w 22. edycji konkursu na recenzję tygodnia, organizowanego przez portal nakanapie.pl oraz księgarnię internetową Kumiko. Bardzo dziękuję! :)




PS. Wszystkim, którzy czekają na recenzję ostatniej książki z mojego wakacyjnego stosiku nr 2 - Biedny Polacy patrzą na getto - muszę z przykrością oznajmić, że nie zostanie ona opublikowana w najbliższym czasie. Książka zwyczajnie mnie pokonała, spodziewałam się opowieści wojennych z getta, a okazało się, że pozycja, to blisko 250-stronicowe przemyślenia autora na ten temat. Niestety, odkładam tą lekturę na półkę do odwołania/skutecznego sprzedania.

Ch. Llorens - Władca Barcelony

Wakacje wakacjami, a ja wbrew pozorom, nie mam zbyt dużo czasu na czytanie. Jak pisałam poprzednio, zaczęłam pracę (choć w tej chwili mam małe zamieszanie i prawdopodobnie ją zmienię na inną) i przez to mój wolny czas, niestety, mocno się ograniczył. Ale - Władca Barcelony już od dawna kusił mnie z maminej półki, więc w końcu go porwałam. :)

O samym pisarzu wcześniej nie słyszałam, chociaż obiło mi się o uszy, że jego bestseller to książka stylem bardzo podobna do Katedry w Barcelonie. Ten argument sprawił, że z ciekawością spojrzałam na opasły, brązowy tom. Okazało się, że jego autor, Chufo Llorens, swoją działalność literacką rozpoczął już w 1986 roku. W Polsce stał się znany właśnie dzięki Władcy Barcelony, który ukazał się w 2009 r.

Akcja powieści rozgrywa się w X w., w Barcelonie. Poznajemy 19-letniego Martiego Barbany, który, dowiedziawszy się o pokaźnym spadku pozostawionym przez prawie nieznanego mu ojca, przybywa do miasta, aby zawalczyć o lepszy los. Pewnego dnia, na targu niewolników zauważa piękną dziewczynę, Laię, i daje się uwieść jednemu jej spojrzeniu. Wiedząc, że to córka wysoko postawionego urzędnika, postanawia zdobyć bogactwo i prestiż, żeby stać się godnym kandydatem do jej ręki. Podporządkowuje swoje działania temu jedynemu celowi. Cała historia toczy się równolegle z wydarzeniami na dworze barcelońskiego władcy - Ramona Berenguera, który postanawia porzucić swoją małżonkę i związać się z kobietą poślubioną przez innego hrabiego, wywołując tym samym publiczny skandal.

Książka, to kolejne dzieło, które uwiodło mnie historią i urokiem Barcelony. Ponownie mogę zaczytywać się w przeszłości tego jednego z najsłynniejszych miast świata, poznając jego początki, podziwiając magiczną atmosferę... i żałując, że jeszcze tam nie byłam. Władca Barcelony jest napisany językiem prostym i przystępnym. Łatwo się go czyta, niezwykle szybko i bez reszty można wciągnąć się w historię, która toczy się przez kilka lat. Rozpoczynając lekturę, czytelnik wpada w specyficzny, dwoisty świat. Z jednej strony porywa go wir dworskich intryg i tajemnic, z drugiej - może zobaczyć miasto okiem zwykłego mieszkańca; takie, jakie było na co dzień. Wydawałoby się, że to dwa odrębne wątki, ale nie. Losy możnych przeplatają się z losami obywateli, Żydów, przyjezdnych handlarzy z całego świata. Na naszych oczach powstaje siatka, w której każde wydarzenie jest jednocześnie powodem i skutkiem innego zdarzenia. To sprawia, że opowieść Llorensa jest dynamiczna, nie ma czasu na przestoje, czy dłużyzny. Każdy dzień, każda strona, przynosi bohaterom coś nowego i tym samym skutecznie przykuwa uwagę czytelnika.
Mocną stroną powieści zdecydowanie są jej postacie. Jest ich wiele, o różnych osobowościach, odgrywają przeróżne role. Mimo, że na początku czytelnik otrzymuje jasną informację o tym, kto jest dobry, a kto niekoniecznie, wraz z upływem czasu, sytuacja zmienia się diametralnie. Najłatwiej zaprzyjaźnić się z Martim - w końcu to jego życiu towarzyszymy najczęściej i to on, tak naprawdę, jest centralną osobą w opowieści. Od początku kibicowałam mu gorąco, aby udało mu się to, co sobie zaplanował. Moją sympatię obudził również ojciec Llobet, oddany przyjaciel młodzieńca, zmagający się z walką między czystością sumienia, moralnością i lojalnością wobec Martiego. Także rodzina Benvenistów, Żydów z dzielnicy Call, była mi bliska. Zwłaszcza Baruch i Ruth, najodważniejsi, o najpiękniejszych, czystych charakterach. Wbrew pozorom, na dworze hrabiowskim,  kojarzącym się zwykle w tego typu historiach z siedliskiem rozpusty i zepsucia, również znalazły się osoby, które można polubić. Zaintrygowała mnie zwłaszcza Almodis z Marchii - kobieta silna, zdeterminowana, o niezupełnie kryształowym charakterze, ale jednocześnie będąca uosobieniem piękna i oddania ukochanemu mężczyźnie. Mogłabym o tych wszystkich osobach pisać jeszcze długo i dużo, ale najlepiej ich sylwetki poznać w realiach opowieści; takie, jakimi stworzył je autor.
Zakończenie, które dla Władcy Barcelony wymyślił pisarz, usatysfakcjonowało mnie. Mimo, że już w połowie powieści domyśliłam się, w jaki sposób zamkną się niektóre wątki. Historia to zrównoważona mieszanka radości i sukcesów ze smutkiem, intryg i tajemnic z dobrem i uczciwością. Mieszanka, która nadzwyczaj się udała.

Z ogromnym przekonaniem mogę Władcę Barcelony polecić. Nie trzeba się obawiać, że to kopia Katedry w Barcelonie - choć obie historie dzieją się w tym samym mieście, w każdej z nich znajdziemy nieco inną sytuację i nieco inny sposób jej przedstawienia. Myślę, że wielbicielom literatury hiszpańskiej i iberyjskiej ta książka przypadnie do gustu. Ja sama z niecierpliwością będę się rozglądać za Uciekinierką z San Benito  - drugą, przetłumaczoną na polski, pozycją z dorobku Chufo Llorensa.

Ta recenzja została nagrodzona w 20. edycji konkursu na recenzję tygodnia, organizowanego przez portal nakanapie.pl oraz księgarnię internetową Kumiko. Bardzo dziękuję! :)

:)

Władca Barcelony, ze względu na drastyczny brak czasu na czytanie, związany z nową pracą, oraz cudownie dużą objętość, wciąż w czytaniu. A tymczasem moja recenzja książki Drugie spojrzenie Jodi Picoult została nagrodzona w 18. edycji konkursu na recenzję tygodnia, na  portalu Nakanapie.pl! :)

J. Picoult - Second Glance [Drugie spojrzenie]

Z ogromną przyjemnością sięgnęłam na moją półkę z książkami "do przeczytania" i zdjęłam z niej kolejną pozycję z literackiego dorobku Jodi Picoult. Second Glance kupiłam już jakiś czas temu, jak wspominałam w poście stosikowym - specjalnie w oryginalnej, angielskiej wersji. Muszę przyznać, że lubię czytać Picoult, i nie tylko, po angielsku. Marzy mi się też czytanie po hiszpańsku, ale na to jestem jeszcze za mało zaawansowana... ;) No, to tyle osobistych wynurzeń, a teraz przejdę do meritum.

O Jodi Picoult napisałam już sporo w poprzednich recenzjach jej książek. Uznawana przez New York Times'a za najlepiej sprzedającego się autora, nie próżnuje. Co chwilę publikuje nową powieść. Ostatnio spod pióra pisarki wyszła Sing you home, której premiera miała miejsce 1 marca. Oczywiście, polscy czytelnicy muszą zaczekać na tłumaczenie jeszcze przez chwilę. Przeczytane przeze mnie Second Glance na swoją polską wersję językową czekało aż 8 lat!

Drugie spojrzenie to zagmatwana historia, w której losy pozornie niezwiązanych ze sobą osób tworzą splot nieprzewidzianych wydarzeń. Poznajemy szereg bohaterów, których wątki pozornie nie mają nic wspólnego, każdy z nich wprowadza nas w problemy, z jakimi się zmagają. Z biegiem czasu okazuje się jednak, że łączy ich historia pewnego kawałka ziemi nawiedzanego przez duchy i zbrodnia sprzed siedemdziesięciu lat.

Czytając, miałam wrażenie, że ta powieść Picoult nieco różni się od innych. Jest to w pewnym sensie totalny miks różnych gatunków - mamy tutaj zarówno niekiepski kryminał, jak i ulubiony przez autorkę wątek obyczajowy, dotyczący rzadkich chorób, odnajdziemy także elementy romansu, a nawet szczyptę historii i odrobinę nauki. Muszę przyznać, że bardzo mi się to spodobało. Dzięki temu, dostajemy do ręki rozbudowaną, wielowątkową historię, która tym bardziej przykuwa czytelnika, wręcz dosłownie wciąga go w wir wydarzeń.
Ogromny plus należy się Picoult za wartką akcję - ciągle coś się dzieje, nawet pozorne przestoje wprowadzają do fabuły ważne elementy. Właściwie do ostatniej chwili jesteśmy trzymani w napięciu. Mimo, że wątek przedawnionej zbrodni i... duchów zostaje rozwiązany na kilkanaście stron przed końcem lektury, następujące po nim wydarzenia tym bardziej nas zadziwiają i przykuwają naszą uwagę.
Urzekli mnie bohaterowie. Trudno wyróżnić jednego lub dwóch głównych, wszyscy przedstawieni bliżej, okazali się ważni. Bardzo polubiłam Shelby i Eli'a oraz pełnego wątpliwości Ross'a. Wspaniały klimat książki powstał właśnie dzięki niesamowitej chemii, jaką pisarce udało się obudzić między postaciami, ale także dzięki ich złożonym osobowościom, a nawet realistycznym trudnościom codziennego życia, z którymi się mierzyli. Czytając, byłam prawie pewna, że każda z tych osób jest stuprocentowo prawdziwa.
Nie sposób nie wspomnieć o bardzo interesującym wątku naukowo-historycznym. Jak zwykle, autorka przyłożyła się do swojej pracy. Tym razem zostajemy dokładnie zapoznani z sytuacją Indian w społeczeństwie oraz związaną z tym kwestią prawa o sterylizacji (link do Wikipedii, dla ciekawych, którzy chcą wiedzieć więcej o tej sprawie), które na początku XX w. było rozpowszechniane w stanie Vermont w USA. Z lektury możemy się sporo dowiedzieć, m.in. o tym, jaka była geneza tego zjawiska, a także poznać towarzyszące mu kontrowersje. Nie jest to temat łatwy, dlatego tym bardziej autorce należą się wielkie brawa za sprawne wplecenie go w opowieść. 
Do tego pochwalnego elaboratu dodam jednak gorzki akcent. Dwie kwestie nie spodobały mi się w Second Glance. Po pierwsze, wstawki z różnych dokumentów, mające na celu uzupełnienie tematu sterylizacji. Były zwyczajnie nudne i po przeczytaniu kilku pierwszych, kolejne pomijałam. Po drugie, wątek Ross'a i wydarzenia, które się w nim pojawiły, wydały mi się mało realistyczne. Wiem, że w książce o duchach musi być trochę zjawisk paranormalnych, ale chyba Picoult tym razem zbyt mocno popuściła wodze fantazji.

Serdecznie polecam tą książkę. Ogólnie oceniam ją bardzo pozytywnie i cieszę się, że i tym razem nie zawiodłam się na mojej ulubionej pisarce. Myślę, że jej stali fani podzielą moje zdanie. A tym, którzy dopiero poznają jej twórczość, mogę z czystym sumieniem zarekomendować Drugie spojrzenie, jako jedną z lepszych pozycji w jej dorobku. :)

Ta recenzja została nagrodzona w 18. edycji konkursu na recenzję tygodnia, organizowanego przez portal nakanapie.pl oraz księgarnię internetową Kumiko. Bardzo dziękuję! :)