Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autobiograficzna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autobiograficzna. Pokaż wszystkie posty

R. Brett - Jesteś cudem. 50 lekcji jak uczynić niemożliwe możliwym

Źródło
Tytuł: Jesteś cudem. 50 lekcji jak uczynić niemożliwe możliwym
Tytuł oryginału: Be the Miracle: 50 Lessons for Making the Impossible Possible
Autor: Regina Brett
Tłumacz: Olga Siara
Wydawnictwo: Insignis
Rok wydania: 2013

Regina Brett dzieli się z nami opowieściami o tym, że szczęście zależy od nas samych – naszych wyborów i decyzji, które najczęściej nie są aż tak trudne, jak się z pozoru wydają. A każda próba zmiany świata wokół siebie na lepsze sprawia, że dokonujemy cudów. Cudów, które są osiągalne dla każdego z nas. Codziennie. Regina Brett nie stawia przed swoimi czytelnikami zadania ponad ich miarę. Niezależnie od tego, czy humorystycznie, czy refleksyjnie, zawsze pisze z niezachwianą wiarą w człowieka, w dobro, które w nim tkwi i które sprawia, że niemożliwe staje możliwe. Jesteś cudem to zbiór inspirujących lekcji o tym, jak niewiele trzeba, by zmienić coś na lepsze. To 50 felietonów, które obudzą w czytelniku natchnienie. Choć każdy z nich to zupełnie inna historia, zebrane razem tworzą przewodnik pomagający dostrzec i docenić siłę zmian na lepsze – małych cudów. (źródło)

E. Alexander - Dowód. Prawdziwa historia neurochirurga, który przekroczył granicę śmierci i odkrył Niebo

Tytuł: Dowód. Prawdziwa historia neurochirurga, który przekroczył granicę śmierci i odkrył Niebo
Autor: Eben Alexander
Wydawnictwo: Znak Literanova
Rok wydania: 2013
Eben Alexander to neurochirurg mieszkający i pracujący w USA. Na co dzień nie zajmuje się pisarstwem, ale jak przystało na dobrego specjalistę, walczy o zdrowie swoich pacjentów. Pewnego dnia on sam trafił jednak na ostry dyżur i musiał się zdać na swoich kolegów po fachu. Niestety, nie udało im się zatrzymać szybko postępującej choroby i Eben na siedem dni zapadł w śpiączkę. To, czego doświadczył w czasie, kiedy jego mózg walczył ze śmiertelnym zagrożeniem, opisał w swojej debiutanckiej i jak dotąd jedynej książce.

W przypadku tego tytułu ciężko wyodrębnić fabułę jako taką. Wydarzenia, które opisuje autor to przede wszystkim relacja z przebiegu choroby i leczenia, oparta głównie na wspomnieniach najbliższych, którzy czuwali przy szpitalnym łóżku autora. Dużo tu medycznych informacji, które mają przekonać czytelnika, że ciało chorego nie funkcjonowało i że nie mógł sam wszystkiego zmyślić. Sedno opowieści, czyli opisy dotyczące tego, co Alexander widział leżąc w śpiączce, stanowi mniejszą część książki. W ogólnej perspektywie, miałam trochę wrażenie, jakbym siedziała na kawie z autorem i wysłuchiwała jego wspomnień - opowiadanych trochę naprędce i bez polotu, bo nie ma czasu na budowanie ładnych, poetyckich zdań, a za to z naciskiem na medycynę, czyli to na czym neurochirurg zna się najlepiej.

Nie powiem, żeby Dowód mnie oczarował. Odnalazłam w tej historii tylko jedną zaletę - jestem osobą wierzącą i wizja tego, że po śmierci jest coś jeszcze, jakieś inne życie, jakaś kolejna rzeczywistość, jest dla mnie pokrzepiająca. Ktoś może powiedzieć, że jestem naiwna wierząc w tą opowieść. Ja tak nie uważam. Nie mam powodu, żeby przypuszczać, że autor wszystko zmyślił. Zakładam, że może faktycznie będąc w śpiączce coś widział. Jeżeli uznał, że to coś symbolizowało Boga i życie wieczne, to ok, takie było jego subiektywne odczucie. Nie wierzę natomiast, że dla każdego wygląda to tak samo. Podejrzewam, że to jest tak samo, jak z życiem duchowym - każdy z nas podchodzi do niego na swój sposób i każdy wierzy inaczej. I każdy co innego zobaczy po śmierci. Dlatego sceptycznie podchodzę do samych obrazów, jakie opisuje Alexander. Po pierwsze, te wizje kompletnie do mnie przemawiają. Może to z tego powodu, o którym mówi sam autor - język nie pozwala w pełni oddać wszystkich doświadczeń. A może to dlatego, że Alexander jest chirurgiem, a nie pisarzem i po prostu nie potrafi operować słowem. W każdym razie, obrazy, które starał się odmalować w wyobraźni czytelników, wydały mi się mdłe, płaskie i ciężkie do zwizualizowania sobie.

Jeśli odłożymy na bok sedno, czyli doświadczenia duchowe, pozostaje nam jednowątkowa, a wręcz momentami szczątkowa fabuła, która pędzi na łeb na szyję, żeby jak najszybciej opisać przebieg choroby. Pojawiają się bohaterowie drugoplanowi, czyli rodzina pisarza, pojawiają się wątki autobiograficzne (którym udało się mnie zaciekawić), ale to wszystko stanowi tylko tło. Trochę się rozczarowałam rozwiązaniem tej opowieści - oczekiwałam jakiejś puenty, chociaż osobistych wniosków Alexandra, jakiejś próby wytłumaczenia tego wszystkiego. Ale nic z tego. Historia po prostu się urywa, zostawiając nas z masą danych, które medycznym laikom (czyli mi) nie są w stanie niczego udowodnić.

Po Dowód sięgnęłam z czystej ciekawości. Książka nosi miano bestsellera i polecało mi ją kilka najbliższych osób, więc przeczytałam. Nie spodziewałam się rewolucji ani żadnego wow, bo wiadomo, że przy takiej tematyce ciężko uniknąć kontrowersji, a odbiór treści jest maksymalnie zależny od poglądów czytelnika. Sądziłam jednak, że książka będzie przyjemniejsza - mniej sucha, nie w stylu raportu, lecz bardziej plastycznie napisana, bardziej filozoficzna czy duchowa. Ciężko mi ją polecić lub nie polecić. Długo nad nią rozmyślałam (co widać po ilości czasu, jaki upłynął, odkąd skończyłam ją czytać). Jest to bez wątpienia pozycja, którą warto poznać, chociażby dlatego, że porusza ciekawy temat i wzbudza wiele dyskusji. Ale w moich oczach to bardziej lektura na czwórkę, niż arcydzieło.

S. Grzesiuk - Pięć lat kacetu

Źródło
Tytuł: Pięć lat kacetu
Autor: Stanisław Grzesiuk
Wydawnictwo: Storybox
Rok wydania: 2009
Czyta: Arkadiusz Bazak

Zeszło mi się trochę z drugą częścią biograficznej serii autorstwa Stanisława Grzesiuka. Bynajmniej nie dlatego, że książka była kiepska. Po prostu opowieść, którą snuje autor, jest wyjątkowo przygnębiająca, tym bardziej, że jest autentyczna. A poza tym, długo zastanawiałam się, co napisać...

Pięć lat kacetu jest bowiem lekturą specyficzną. Trudno uwierzyć, że napisał ją ten sam człowiek, który w Boso, ale w ostrogach opisywał swoje życie cwaniaka w przedwojennej Warszawie - życie szybkie, pełne brawury i przygód. Wydaje się, że lata świetlne dzielą obie powieści, a przecież fabuła drugiej to bezpośrednia kontynuacja historii opisanej w pierwszej. Po aresztowaniu Stasiek Grzesiuk trafia do obozu koncentracyjnego. Każdy dzień jest dla niego walką o przetrwanie, o godne życie i o przeżycie. Na szczęście, mężczyzna zachowuje swój hart ducha i poczucie humoru i aż do ostatniego dnia w Guzen pozostaje sobą - cwaniakiem z Czerniakowa. W swojej drugiej książce opisuje obozową codzienność, w której żyli wszyscy ludzie więzieni przez Niemców w latach 1940 - 1945.

Napisałam na początku, że książka nie jest zła i podtrzymuję tą opinię. Można by powiedzieć, że Grzesiuk zafundował czytelnikom prawdziwe studium życia w obozie koncentracyjnym - opisuje wszystkie aspekty tej niewoli, od ogólnych zasad panujących za drutami kolczastymi, przez warunki pracy, relacje z współwięźniami, aż po śmierć, brutalną i tak wszechobecną. Autor snuje swoją opowieść trochę chaotycznie, bardziej przechodząc od tematu do tematu, niż trzymając się chronologii. Mimo to, wszystko składa się w spójną całość. Jak nietrudno się domyślić, emocjonalnie ta książka jest trudna. Grzesiuk nie owija w bawełnę - pisze prawdę, bolesną, trudną, przerażającą. O tym, jak ludzie umierali. O tym, jak walczyli o życie, wiedząc, że od samego początku są na przegranej pozycji. O beztialstwie obozowych strażników... Dlatego lektura tej powieści jest przygnębiająca. Bo czytelnik musi się zmierzyć z tą historyczną rzeczywistością. Przyznam szczerze, że z tego powodu musiałam sobie dawkować tą książkę. Na szczęście, autor nie zmienił swojego stylu pisania. Tam, gdzie wymagają tego okoliczności, zachowuje powagę, ale w dalszym ciągu udaje mu się dostrzec też sytuacje śmieszne, absurdalne i skomentować je w charakterystyczny, ironiczny sposób. Dzięki temu, czytelnik ma szansę od czasu do czasu uśmiechnąć się, ale też docenić wewnętrzną siłę autora, który nie poddał się i do końca na swój sposób, z charyzmą i odwagą, walczył z obozowym systemem.

Pięć lat kacetu to też wartościowe źródło historyczne. Wiedza, którą autor przekazał na kartach swojej powieści to bezpośrednia relacja zza drutów. Nikt, kto nie przeżył tego sam, nie byłby w stanie oddać tych wydarzeń w taki sposób. Bo nie tylko to, co Grzesiuk pisze, daje nam pojęcie o tym, jak wyglądało życie w obozie. Także to, jak pisze o niektórych sprawach, fakt, że w ogóle o nich pisze i że szczerze przyznaje się do niektórych z nich, mówi nam wiele o mentalności więźnia zamkniętego w takim miejscu, jak obóz koncentracyjny. Ja dostrzegłam tu nie tylko ważny wątek historyczny, ale też ciekawy aspekt psychologiczny.

Słowem podsumowania: Pięć lat kacetu to książka, którą naprawdę warto przeczytać. Żeby ją w pełni zrozumieć, wcale nie trzeba zaczynać od pierwszej części autobiografii Grzesiuka. Trzeba jednak przygotować się na dużą dawkę smutnych faktów historycznych i ogromu ludzkiego cierpienia, które jest obecne na każdej jednej stronie tej powieści. Ja w gruncie rzeczy cieszę się, że poznałam tą historię i choć nie zaliczyłabym jej do literatury rozrywkowej, to na pewno dała mi sporo do myślenia i przekazała cenną wiedzę historyczną. Na szczęście, na tym nie koniec - przede mną ostatnia część życia Stanisława Grzesiuka, miejmy nadzieję, że szczęśliwsza.

PS. Zaczęłam tą książkę w formie audiobooka, skończyłam w formie e-booka, dlatego nie oceniam jej pod kątem tego, jak się słuchało. Gdyby jednak ktoś był zainteresowany - słuchało się ogólnie dobrze, zwłaszcza, że lektor pozostał ten sam, co w poprzedniej części, ale chciałam wreszcie poznać zakończenie, a czytać normalnie było zwyczajnie szybciej. ;-) 

J. L. Scott - Lekcje madame Chic

Źródło
Tytuł: Lekcje madame Chic. Opowieść o tym, jak z szarej myszki stałam się ikoną stylu
Autor: Jennifer L. Scott
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 2013

Na tą książkę miałam chętkę od dłuższego czasu. Po raz pierwszy jej recenzję przeczytałam na blogu Make Life Easier. Zasugerowałam się samą tematyką, mając nadzieję, że dzięki lekturze nauczę się czegoś nowego o modzie. Nie miałam jeszcze wtedy pojęcia, że autorka, Jennifer L. Scott sama również prowadzi bloga, a poradnik napisała w oparciu o własne doświadczenia modowe (i nie tylko), zdobyte podczas półrocznego pobytu w Paryżu. Musze przyznać, że kobieta mądrze prawi, choć nie wszystkie jej porady przypadły mi do gustu, ale o tym za moment.

Lekcje madame Chic to poradnik, który z założenia ma nauczyć czytelniczkę, jak zostać francuską damą. Został podzielony na kilka części tematycznych - ubieranie się, żywienie, makijaż, utrzymywanie porządku w domu, czy też eleganckie zachowanie. Każda z nich opiera się na konkretnym wspomnieniu autorki z czasów, kiedy w ramach wymiany studenckiej przez pół roku mieszkała w stolicy Francji. Wzorem do naśladowania dla Scott była głównie jej gospodyni - występująca w książce jako tytułowa madame Chic. To właśnie od niej Amerykanka nauczyła się tego, o czym pisze.

Chociaż bardzo chciałam przeczytać tą pozycję, to po lekturze dopadły mnie wątpliwości, czy rzeczywiście Lekcje madame Chic mogą zrewolucjonizować moje podejście do życia (bo tak należy określić postawę, którą propaguje autorka). A to przede wszystkim dlatego, że część zaprezentowanych porad nie ma nic wspólnego z życiem normalnej, współczesnej kobiety. Nie kwestionuję tego, że postępowanie według francuskich zwyczajów może być dla wielu osób pozytywną zmianą, dzięki której pokonają rutynę szarej codzienności, ale wydaje mi się, że w tym poradniku więcej jest teorii, niż praktyki. No bo która pani jest w stanie wstać o 5 rano, z uśmiechem podać śniadanie całej rodzinie, potem pójść do pracy (choćby na pół etatu!), następnie przez kilka godzin biegać po mieście (na piechotę, oczywiście) w poszukiwaniu najlepszej jakości artykułów spożywczych, z których przygotuje 3-daniowy obiad i poda go swojej rodzinie (lub/i zaproszonym zupełnie bez okazji gościom), w tak zwanym międzyczasie zdąży jeszcze zaliczyć cotygodniowe zajęcia z robótek ręcznych oraz wystroić się i wymalować na wieczorny posiłek? Otóż, każda... ale nie dzień w dzień. No chyba, że jest niepracującą mamą (tak, jak autorka) i dysponuje godzinami wolnego czasu, z którym nie ma co zrobić. Ja na pewno nie dałabym rady prowadzić takiego życia. Dlatego też niektóre rozwiązania opisywane przez autorkę wydały mi się nierealne, wymuszone, a czasem nawet zwyczajnie śmieszne.

Nie twierdzę jednak, że książka jest nic nie warta. Scott zawarła w niej także wiele mądrych i błyskotliwych wskazówek, które mogą nam pomóc w codziennym dążeniu do perfekcji. Podobały mi się rozdziały dotyczące szafy i żywienia - choć ten ostatni jest dosyć ogólny. Sama forma tej książki również przypadła mi do gustu. Autorka przeplotła porady z krótkimi anegdotkami z pobytu w Paryżu oraz własnymi przemyśleniami na dany temat. Całość czytało się błyskawicznie - lekko i przyjemnie. I co najważniejsze - poradnik ma w sobie coś, co sprawia, że momentalnie nabiera się ochoty na rozpoczęcie zmian. Może i nie wprowadzę wszystkich porad autorki w życie, ale przynajmniej dostałam impuls do tego, żeby zastanowić się nad swoimi nawykami i słabościami, może nawet uda mi się zmobilizować i coś poprawić... I głównie dlatego zaliczam tą książkę na plus.

Lekcje madame Chic oceniłam bardzo subiektywnie i momentami dosyć krytycznie. Ale i tak uważam, że warto ten tytuł poznać. Choćby po to, żeby zastanowić się nad tym, jakie życie prowadzimy, jak prezentujemy się na zewnątrz, jakie są nasze słabe strony i jak je zwalczyć. Nie muszę chyba pisać, że to literatura skierowana tylko do kobiet - jestem prawie pewna, że panowie daliby sobie spokój po kilku stronach. Ale damom, zwłaszcza tym przyszłym, polecam.

S. Grzesiuk - Boso, ale w ostrogach

Tytuł: Boso, ale w ostrogach
Autor: Stanisław Grzesiuk
Wydawnictwo: Storybox
Rok wydania: 2009
Czyta: Arkadiusz Bazak

O powieściach Grzesiuka słyszałam już jakiś czas temu. Ponieważ idealnie wpisywały się w temat mojego zainteresowania literaturą o Warszawie, postanowiłam wreszcie się z nimi zapoznać. O samym autorze wiedziałam jedynie, że stał się sławny właśnie dzięki autobiograficznej trylogii, opisującej jego życie w stolicy tuż przed i w czasie II wojny światowej. I choć na początku wydawało mi się, że opowieść snuta przez cwaniaka z Czerniakowa będzie lekturą typowo męską, to jednak nie mogłam się oderwać od słuchania.

Boso, ale w ostrogach to pierwsza część opowieści Stanisława Grzesiuka o jego życiu. Głównego bohatera i narratora zarazem poznajemy w momencie, gdy jako szesnastoletni chłopak, absolwent szkoły podstawowej, poszukuje pracy, która ma mu pomóc w odciążeniu rodziców. Od tej chwili, towarzyszymy mu w codziennym życiu, patrząc jego oczami nie tylko na przedwojenną stolicę, ale także na warunki i kulturę życia na Czerniakowie, w tamtych czasach uważanego za dzielnicę biedoty.

Jak wspomniałam na początku, już po kilku pierwszych rozdziałach audiobooka poczułam specyficzny klimat lektury. Pewność siebie, brawura i spontaniczność charakternych chłopaków, pragnących czerpać z życia ile się da, przeplata się z, mówiąc szczerze, dosyć ponurą atmosferą robotniczej dzielnicy, w której młodzi ludzie walczą o lepszą egzystencję, a potem także o wolność. Stasiek, który jest naszym przewodnikiem, to właśnie taki typowy cwaniak. Próbuje radzić sobie w życiu jak najmniejszym kosztem, nie daje sobie dmuchać w kaszę i nie stroni od zwady. Wraz ze swoją ferajną nieustannie przeżywa mniej lub bardziej niebezpieczne przygody. Jednocześnie, wnikliwie obserwuje rzeczywistość i komentuje ją z ogromną inteligencją oraz z zaskakującą wrażliwością. Łatwo go polubić, więc wraz z biegiem historii, czytelnik z coraz większym zaangażowaniem śledzi jego poczynania. Cechą charakterystyczną narracji jest  duża doza humoru. Nie raz można się uśmiać się z przytaczanych przez autora anegdotek, bo naprawdę nie brak mu autoironii i optymistycznego nastawienia do życia. Jednym słowem - fabuła jest naprawdę wciągająca i interesująca.

Nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o świetnym tle historycznym książki. Poznajemy nie tylko topograficzne realia Warszawy z lat 40. XX wieku (przyznam szczerze, że choć swego czasu mieszkałam na Mokotowie i orientuję się tam całkiem nieźle, to momentami brakowało mi mapki sytuacyjnej), ale także życie ówczesnego społeczeństwa, które nadal pozostawało w swego rodzaju podziale klasowym - robotnicy vs. inteligencja. Pojawia się także historia II wojny światowej, ale przedstawiona z zupełnie nowej dla mnie perspektywy, czyli okiem przeciętnego mieszkańca stolicy. Ogromny plus dla książki za ten element.

Boso, ale w ostrogach okazało się świetną lekturą, wciągającą i pełną nowej dla mnie wiedzy. Polubiłam głównego bohatera i mimo, że na co dzień daleko mi do takiego towarzystwa, w jakim się obracał, chętnie poznałabym go osobiście. Wielką przyjemność sprawiło mi wysłuchanie tej opowieści w wykonaniu Arkadiusza Bazaka - jego interpretacja sprawiła, że miałam wrażenie, iż to sam Grzesiuk siedzi obok mnie i w przyjacielskiej pogawędce wspomina dni swojej młodości. Naprawdę wielkie brawa, bo sam jeden lektor wywarł na mnie podobne wrażenie, jak cała obsada w słuchowisku. Tak więc, polecam gorąco tą pozycję, zwłaszcza w formie audiobooka, a sama pewnie wkrótce sięgnę po jej kontynuację, czyli Pięć lat kacetu.  

E. Hoffman - Lost in Translation [Zagubione w przekładzie]


Jak już wspominałam, książka Evy Hoffman była dla mnie lekturą obowiązkową. Czytałam ją przez ponad dwa tygodnie ze względu na niezbyt komfortowe widmo sesji, nauki i innych atrakcji tego typu. Trochę żałuję, że tak wyszło, bo miałam problem z tym, żeby wczuć się w specyficzny klimat tej pozycji. A warto, bo autorka potrafi taki klimat stworzyć mimo, że jej książki nie da się zaliczyć do kategorii klasycznych powieści.

Eva Hoffman jest Żydówką polskiego pochodzenia. Dzieciństwo spędziła w powojennym Krakowie. Jednak pewnego dnia rodzice dziewczynki decydują się na przeprowadzkę do Kanady. W Lost in Translation kobieta opowiada o swoich zmaganiach z odnalezieniem siebie w tej nowej, zupełnie nieznanej rzeczywistości, nie tylko kulturowej, ale przede wszystkim - lingwistycznej.

Książka zaciekawiła mnie już jakiś czas temu, głównie dlatego, że jest swego rodzaju legendą dla studentów mojej anglistyki. Przedstawia bowiem ważny dla każdego przyszłego tłumacza problem, dotyczący różnic kulturowych, wpływających na odbiór  tłumaczenia, jego adekwatność i szereg innych związanych z tym kwestii. Mogłabym Was zasypać mądrą terminologią, która powinna się pojawić w związku z tym aspektem powieści, ale dam spokój. Za to napiszę tyle - czytamy o dziewczynce, która nie znając ni w ząb angielskiego, wyprowadza się do kraju, gdzie będzie musiała się w tym języku porozumiewać na co dzień. Na dodatek, Ewa od małego przykłada dużą wagę do słów, do swojej językowej tożsamości. Jesteśmy więc nie tylko świadkami przyspieszonej nauki obcej mowy, ale także mierzymy się z wątpliwościami, przed którymi staje nasza bohaterka. A wątpliwości tych jest niemało. Chociażby - w jakim języku pisać pamiętnik - polskim, który wraz z wyprowadzką stał się niejako reliktem przeszłości, czy angielskim, który wciąż wydaje się nieokiełznany, nieprzyjazny, sztuczny? Jak wytłumaczyć, że polska tęsknota, to nie dokładnie to samo, co angielska nostalgia? Jak przyzwyczaić się do nowego, obco brzmiącego imienia? Takie właśnie pytania pojawiają się w umyśle dorastającej Ewy i nie opuszczają jej przez większą część życia. Jak sobie z nimi radzi? Tego nie zdradzę, bo jednak fabuła powieści opiera się głównie na doświadczeniach kobiety, jej stawianiu czoła codzienności, radzeniu sobie w nowej ojczyźnie i z nowym językiem.

Wspaniałym dodatkiem do powyższych walorów jest także subiektywny wgląd w kulturę krajów anglojęzycznych, dokonany przez Hoffman. Czytelnik może poznać Kanadę i Stany Zjednoczone oczami Polki, dla której były one zupełnie nowym światem. Niejednokrotnie dziwnym, takim, którego trzeba się nauczyć. Autorka opowiada o tym, jak w tym środowisku dorastała, poszukiwała swojej tożsamości, zmieniała się, nabywając cechy charakterystyczne dla Amerykanów. Ale nie zapomina o swoich polskich korzeniach. Widzi swoją prawdziwą ojczyznę, pogrążoną w głębokim komuniźmie, przez pryzmat nowych doświadczeń, dzięki czemu i my możemy na Polskę tamtych czasów spojrzeć z zewnątrz. Zaciekawił mnie również temat bycia emigrantem i związanych z tym problemów. Hoffman pokazuje nam prawdziwe oblicze słynnego American dream, o którym do dziś marzy wielu naszych rodaków. Okazuje się, że w tej kwestii wcale nie jest tak kolorowo, jak mogłoby się wydawać.

Wszystkie wspomniane przeze mnie aspekty sprawiają, że Lost in Translation to pełna wiedzy z zakresu lingwistyki, ale niezmiernie ciekawa powieść. Autorce udało się stworzyć specyficzny ciepły klimat, przesiąknięty problemami egzystencjalnymi, widzianymi z różnych perspektyw - dorastającej dziewczyny, emigrantki, osoby zagubionej w nowej kulturze. Żałuję jedynie, że nie udało mi się książki przeczytać na raz - to, że pojawiały się długie przerwy w mojej lekturze sprawiło, że pod koniec trochę wypadłam z tematu, a ostateczne wnioski bohaterki, mocno naznaczone jej życiową filozofią i doświadczeniem, trochę mnie znużyły. Niemniej jednak, kiedyś z wielką przyjemnością wrócę do tej pozycji. A polecam ją szczególnie tym, którym bliskie są kwestie związane z lingwistyką.